PDA

View Full Version : OPOWIEŚCI Z ASHANU - konkurs pisarski



Retazar
01-21-2014, 04:18 PM
http://static2.cdn.ubi.com/MM-DOC/CRC/event.png

Czempioni!

Święta już dawno za nami. Czas na kolejny konkurs z nagrodami! Wasze świąteczne frakcje były całkiem niezłe, czas na pokazanie umiejętności pisarskich.

Forma: Opowiadanie

Długość: Dowolna, nie ma ograniczenia co do ilości znaków.

Czas trwania. 21.01- 4.02.2013

Opowiadanie musi być umiejscowione w uniwersum MMDoC. Może być to historia z życia, któregoś z bohaterów, oddziałów etc. Będziemy wysoko oceniać znajomość realiów ale też pomysłowość, fabułę oraz styl. Dialogi, zwroty akcji oraz ciekawe postacie są mile widziane. Prace prosimy zamieszczać w tym temacie w formie posta.

Nagrody:

- Pierwsze miejsce: Kod na FORGOTTEN WARS i FIVE TOWERS + 10 000 GOLDa

- Drugie miejsce: Kod na FORGOTTEN WARS i FIVE TOWERS


Do dzieła!

Marcin_SzyFeL
01-22-2014, 10:14 PM
Ma być to sam wstawiony tekst czy plik zawierający go?

filo9011
01-23-2014, 12:43 AM
Tekst. Zajmie więcej miejsca ale nam, nie biorącym udział w konkursie, będzie się to łatwiej czytało :)

ElkazFATE
01-23-2014, 08:31 AM
Kod na pakiet czy zestaw? Bo jeśli to pierwsze to szybciej można w grze wyfarmić:P

Retazar
01-23-2014, 12:40 PM
Kod:) No można ale chodzi też o frajdę jeśli ktoś lubi pisać. Marcin_SzyFeL, lepiej aby był to tekst po prostu a nie hosting pliku.

Morionem
01-24-2014, 05:10 PM
Proszę o wyrozumiałość. Nigdy nie pisałem nic długiego moje umiejętności pisarskie są kiepskie a i znajomość uniwersum nie jest na najwyższym poziomie.

Wstał wcześnie rano. Wiedział, że dziś będzie mieć ciężki dzień. Zresztą nie było w tym nic dziwnego. Urodził się w niewoli. Ruszył więc do kolejki po przydział. Pracował tak samo jak jemu podobni w kopalni rudy. Żył wspomnieniami, przeczuwał że kiedyś przybędzie ojciec i go uwolni. Tak naprawdę nie wiedział czy on w ogóle żyje. Słyszał jednak pogłoski o wojowniku który zbiera armię i chce wywołać bunt.
W końcu przyszła jego kolej. Dziś otrzymał kilof. Wiedział co to oznacza. Przez najbliższe siedem godzin będzie uderzał otrzymanym sprzętem w skały, później godzinę przerwy na zjedzenie ohydnej potrawki i znów siedem godzin. Tak było prawie codziennie. Czasami miał szczęście otrzymał przydział w kuchni. Był bowiem spokojny jak na swój gatunek. Dziś jednak musiał pogodzić się z innym faktem.
- E ty tam do pracy - krzyknął gwardzista.
Nic mu nie odpowiedział. Z łatwością by go zgniótł wraz z jego blaszaną zbroją. Wyglądałby wtedy jak puszka konserw. Niestety jego ruchy krępowały grube łańcuchy na rękach i nogach.
Po niecałych trzech godzinach zauważył, że gwardziści stali się bardziej nerwowi niż zwykle. Coś ze sobą rozmawiali i nawet nie strzelali z bicza tak często jak zwykle. Na przerwie dowiedział się od pobratymców że Acamas jest w pobliżu. Znał, jak każdy cyklop, imię tego jednego z pierwszych wytworów czarodziejów. Chodziły pogłoski, że to on dowodzi buntowi.
Nie musiał długo czekać. W nocy usłyszał waleczne odgłosy dochodzące zza muru. Ucieszyło to go bardzo. Pomyślał, że może być wolny. Nie znał życia poza murem, ale wierzył, że na pewno jest lepsze. Do obozu wkroczyły hordy cyklopów. Za nimi maszerowali rębacze. Dostrzegł także przebiegających centaurów i kilku goblinów.
- Tutaj pomóżcie nam - zawołał.
Bitwa nie trwała długo większość gwardzistów zginęła. Nie byli przygotowani do takiego ataku. Nielicznej grupie udało się uciec ale wysłano za nimi pogoń. Wtedy na środku obozu zebrali się wszyscy nazwani przez ludzi orkami.
- Jesteście wolni - rzekł największy, ale już starszy z cyklopów - Jestem Acamas, dołączcie się do nas i jeśli Matka Ziemia i Ojciec Niebo pozwolą pomóżcie nam uwolnić innych. Takich obozów jak ten jest bardzo dużo w całym Imperium - powiedział niskim i donośnym głosem.
Następny dzień zaczął się podobnie jak wszystkie wcześniejsze. Musiał wstać rano. Podobno nie złapano wszystkich uciekających i istniała obawa, że wojska Imperium zaatakują. Trzeba było opuścić jak najszybciej obóz. Znowu stał w kolejce. Tym razem otrzymał zadanie pomocy przy załadunku wozów. Wyruszyli w godzinę później. Po drodze nie spotkali żadnego garnizonu. Doszły słuchy, że w nocy znowu atakujemy obóz. Każdy kto może walczyć powinien zgłosić się po broń.
- Czego chcesz cyklopie? - rzekł goblin stojący przy uzbrojeniu.
- Potrzebuję czegoś czym mógłbym walczyć - odpowiedział
- Dla takich wielkich jak ty nic nie mamy. Jedyne co możesz wziąć to jakiś głaz ze sterty. Leżą tam na uboczu - powiedział wskazując krzywym paluchem na górę kamieni - Podobno z jednym okiem macie lepszą celność niż te ludzkie kreatury - dodał po czym machnął ręką dając znak, aby ustąpił miejsca następnemu w kolejce.
. Byli już blisko. Ten obóz jest lepiej strzeżony niż nasz pomyślał. Mury były widocznie solidniej zbudowane. Na wieżach stacjonowali kusznicy i łuczncy. Mur był celem numer jeden. Każdy z cyklopów wziął spory głaz i w oka mgnieniu powstało wejście. W środku było widać uwięzione wiwerny. Prawdopowdobnie magowie robili na nich jakieś eksperymenty. Bitwa choć z pozoru trudna szybko się skończyła. Morale drużyny rosło i nikt nie myślał, że to może być pułapka.
Wtedy nagle nadleciało z zachodu stado gryfów. Każdy miał w szponach spory kamień. Najbardziej ucierpiały gobliny, które nagle zgłupiały i bezładnie biegały po obozie. Kiedy centaurom już prawie udało się uporać z ptaszyskami dostrzeżono nadjeżdżających jeźdźców. Jechali szybko ale równo. Każdy na białym koniu w lśniącej zbroi. To byli naprawdę dobrze uzbrojeni i utalentowani wojownicy. Słuchy o ich waleczości krążyły w opowiadaniach gwardzistów, którzy czasem przy ognisku pijąc grzane piwo wzdychali jakby to chcieli być choć trochę do nich podobni.
Jak byli w odległości około pięćdziesięciu metrów opuścili swoje kilumetrowe kopie. Pierwsze rzędy rębaczy zniknęły w pyle. Jeźdźcy dobyli mieczy i wycinali losowe ofiary.
- Czas na nas. Do boju! - ryknął Acamas.
Wydawało się jakby każda chwila trwała wieczność. Nie było widać końca walki. Jedno jednak było wiadome, trzeba szybko zniszczyć oddziały wroga odpowiedzialne za leczenie inaczej prędzej czy później bitwa będzie przegrana. To było zadanie dla harpii. Szybko dotarły do oddziałów wroga który nie zdążył się połapać o co chodzi. To przechyliło szalę zwycięstwa na stronę orków, którzy już do końca utrzymali przewagę.
W bitwie jednak poległo wielu również Acamas. Niektórzy mówili, że to starość a nie przeciwnik go zabiła. Miał bowiem już prawie sto lat co nawet na cyklopa było anomalią. Szamani musieli wybrać nowego przywódce. Ustalono zasady. Najpierw musieli zgłosić się chętni. Następnie zebrać aprobatę przynajmniej dziecięciu innych orków. Najważniejsza jednak była próba walki. Wygrywał ten kto pierwszy upuścił krew przeciwnikowi. Zabicie nie było mile widziane ale zdażały się wypadki.
Powinienem się zgłosić pomyślał. Tylko kto da mi aprobatę, przecież większość z mojego obozu zginęła. Nie znam prawie nikogo. Poddał się po całym dniu prawie bezskutecznych poszukiwań. Znalazł tylko dwóch centaurów którzy znali jego ojca i chcieli pomóc ze wzgląd na niego. Czasu było jednak tylko dwa dni a znalezienie reszty graniczyło z cudem.
Kiedy dowiedział się, że tylko czterech będzie kandydować trochę się ucieszył bo wiedział, że nie tylko jemu nie udał się w zbieraniu popleczników. Spojrzał na listę: dwa cyklopy synowie Acamasa jeden Drum a drugi Paus, miażdżyciel Saul dotychczasowy dowódca piechoty. Czwartym o dziwno zgłosił się goblin. Nie było jednak imienia tego nieszęśnika. Z góry był wiadome, że nie ma szans w starciu z większymi i silniejszymi.
W pierwszej walce doszło do starcia między braćmi. Było widać, że obu im zależy na zwycięstwie. Wyglądało to trochę jakby dwa kamienie próbowały się przewrócić. Nagle jeden z nich lekko się cofnął a potem wywrócił rywala. Następnie wbił mu w nogę ostry jak sztylet pazór. Pojawiła się krew i ogłoszono Pausa za zwycięzce pojedynku.
Druga walka przypominał komedię. Zwinny goblin uciekał cały czas przed ciosami przeciwnika. A ten w furii próbował go ciąć. Po chwili się zmęczył i to goblin przeszedł do ofensywy. Lekkie draśniecie w nogę i wygrana. Zaskoczyło to wielu a przedewszystkim samego pokonanego.
Następnego dnia odbył się finał. Goblin stosował cały czas taktykę z poprzedniej walki. Zmęczył rywala i przeszedł do ataku. Przeciął nogę Pausa ale krew się nie ukazała. Wtedy cyklop się zaśmiał. Chwycił zdziwionego goblina za nogę i odrzucił go na jakieś dziesięć metrów. Tamten szybko się poderwał. Próbował dalej, drugie, trzecie i kolejne cięcia w nogi nie dawały rezultatu. Skura cyklopa była za gruba na nożyk goblina, ale ten mały się nie poddawał. Wspiął się na głowę przeciwnika i uderzył nożem prosto w oko przeciwnika. Cyklop zawył z bólu, wpadł w wściekłość i zaczął wymachiwać swoimi łapskami we wszyskie strony. Wielu widzów na tym ucierpiało. Krew sącząca się z oka była informacją o wygranej goblina. Cyklopom udało się powstrzymać Pausa przed zabiciem kogokolwiek.
Na środek wyszedł jeden sędziwy szaman i oznajmił, że nowym przywódcą będzie Shaar, najdzielniejszy z najpłochliwszych. Niskiego goblina ledwo było widać a i jego słowa niezbyt wyraźne dolatywały do stojących nieco z tył.
- Witam was, jestem Shaar i chciałbym wam ogłosić mój plan - mówił charakterystycznym dla goblinów głosem wysokim i piskliwym - Widzieliście, że pokonałem wroga nie siłą lecz podstępem. Uważam, że nie należy stawać z oddziałami Imperium w otwartej walce. Ostatnio mieliśmy szczęście, ale następnym razem mogą przybyć a aniołami. Niewielu z was widziało to paskustwo. Potrafią wskrzeszać umarłych. Powoduje to że ich armia jest prawie niezniszczalna. Proponuję więc uwolnić resztę nam podobnych a następnie opuścić te ziemie.
- Gdzie mamy się udać? - krzyknął ktoś z tłumu
- Udamy się na północy wschód. Tam spróbujemy się osiedlić na stepach o których słyszałem. Będziemy wolni od ludzi, wolni od ciężkiej pracy.
- To tylko słowa strachliwego głupca - powiedział Paus - nie wie o czym mówi, Acamas chciał żebyśmy odwdzięczyli się ludziom za te lata niewoli. Ci co urodzili się w niewoli nie pamiętają już że zostaliśmy stworzeni do zniszczenia demonów. Demonów już nie ma ale Imperium nie chce byśmy byli wolni. Boją się nas i lepiej dla nas, bo z przestraszonym wrogiem łatwiej wygrać.
- Może i jestem niski i słaby ale jestem mądry i to wystarczyło by cię pokonać. Już wam mówiłem wojska Imperium są ogromne. Nie damy rady stawić im czoła. Ludzie się nas boją? Może i tak ale czy wiecie na budowę czego poszły wydobyte przez was tony rudy? Budują armię. My byliśmy stworzeni aby zniszczyć demony. Ale jako stworzenia żywe mamy rozum i możemy się przeciwstawić. Teraz budują coś nowego do aby eliminować nas. Słyszałem o gargulcach, golemach i tytanach. Gargulec to nic innego jak metalowa harpia. Kamienne golemy które znacie to już przeszłość, teraz produkuje się je z metalu przez co są dużo bardziej wytrzymałe. W końcu tytani, są więksi od największych cyklopów, a ich ciała obłożone grubą warstwą zbroi. Na koniec najważniejsze myślicie że jeśli magowie potafili nas stworzyć to nie uda im się nas zniszczyć?
- Dobrze powiedziane - zaczęły krzyczeć gobliny.
- A więc ustalone w kilka dni zrobimy tu porządek i udajemy się na stepy - nikt mu już nie przerywał.
Kolejne dni wyglądały podobnie. Maszerowali od obozu do obozu i ratowanie kolejnych orków. Ich liczba cały czas rosła a zaczynało brakować jadła. W obozach nie było go za dużo, ponieważ kiedy Imperium dowiedziano się o powstaniu wstrzymało wysyłanie zaopatrzeń żywieniowych. Dziwne jednak było, że obozy wcale nie są lepiej strzeżone, wręcz przeciwnie w kilku z nich nie zastali straży w ogóle. Nie oznaczało to jednak wesołego dnia. Zazwyczaj bowiem w takim obozie zastawali konających z braku jedzenia lub z podciętymi gardłami.
Został ostatni obóz. Większość nie zauważała w tym nic dziwnego. Tłumaczyli to sobie, że ludzie nie chcą walczyć bo się boją. Prawda okazała się jednak inna. Był to największy obóz jaki dotychczas widzieli. Mury były obstawione bardzo dokładnie. Wieczorem Shaar zwołał wszystkich.
- Jutro w nocy zaatakujemy ten ostatni obóz. - zaczął spokojnie - Jeśli się nam uda będziemy mogli udać się w bardziej bezpieczne miejsce. Urodziłem się w tym obozie, udało mi się uciec ale widziałem jak wielu ginie. Jest to główny obóz. Tutaj orkowie nie pracują. Magowie przeprowadzają eksperymenty na takich jak my. Chcą spowodować by ich przyszłe produkty były bardziej posłuszne. Widziałem jak podawano coś harpiom, które następnie słuchały rozkazów do tego stopnia, że były w stanie zabić własne dzieci. Mi też coś podawali. Powiem wam, że nawet z korzyścią dla mnie. Chcieli spowodować być gobliny były mądrzejsze. Wielu od tego ginęło. Co dziwne im słabszy goblin tym dłużej utrzymywał się przy życiu. Wtedy znaleźli mnie. Prawdopodobnie byłem naprawdę słaby bo się udało. Jestem pierwszym i możliwe, że jedynym goblinem który potrafi czarować.
- Coooo? Magia jest zła. - zaczęli krzyczeć oburzeni.
- Prawda, jesteśmy przekonani, że magia jest zła ale bez jej pomocy nie było by tu nas. Myślicie, że wystarczył pierwszy lepszy demon i człowiek? To niby czemu tak bardzo się różnimy? Jedni są słabsi inni silniejsi. Jedni tchórzliwi inni odważniejsi. To sprawa czarów czy tego chcecie czy nie. Chciałem wam to wszystko powiedzieć byście wiedzieli, że możecie spotkać tam stwory które wyglądają identycznie jak my, a będą chciały was zabić. Dobra koniec tej gadaniny jutro atakujemy. Przygotujcie się. Zgodnie z nowym zwyczajem wybiorę teraz losowych dowódców na najbliższą walkę. Ty, ty i ty za mną z resztą widzę się jutro rano.
Dlaczego ja? Zaciekawił go wybór Shaar’a. Przecież nigdy nie dowodziłem. Wiedział jak każdy, że losowość wyborów była fikcją i wybierani byli tylko ci których potrzebował. Wybrał trzech cyklopów lecz nikt nie wiedział po co.
- Chcę wam powiedzieć, że macie jutro ważne zadanie. Słyszałem o waszych zdolnościach związanych z okiem. Choć jedno to jednak widzicie najlepiej z nas. Nie wiem czy wiecie ale to także zasługa magów. Pierwsze cyklopy prawie nic nie widziały. Później zaczęto wam coś podawać i nagle widzieliście lepiej niż ludzie. Testowali to później na innych nawet na sobie ale bez pozytywnych skutków. Skąd to wiem spytacie? Czytałem o tym. Czarodzieje mają wiele ksiąg dzięki którym można czarować. Pewnie tam gdzie są magowie są też takie księgi i to jest wasze zadanie. Macie przynieść mi te księgi. Dzięki nim będę mógł nas chronić. Są zaklęcia które dają zbroję lepszą niż te zrobione z metalu. Czarodziejskie zbroje, które niwelują wszelakie obrażenia. Znajdziecie je w wieży. Pewnie ciekawi was dlaczego wy a nie ktoś inny. Cyklopy mają wielką wytrzymałość, która pozwoli wam dostać się do danego miejsca nawet pod ostrzałem łuczników ale sami o tym dobrze wiecie. Obserwowałem was trzech i wiem, że jesteście spokojni. Nie wpadniecie więc w szał tylko wykonacie to co wam powiedziałem. Musicie być ponadto dowódcami w jutrzejszej bitwie jednak waszym celem nadrzędnym są książki pamiętajcie o tym. A teraz wam podziękuję, muszę odpocząć.
Tej nocy nie mógł spać myślał tylko o powierzonym mu zadaniu. Wyobrażał sobie jaka czeka go nagroda, jeśli wszystko się powiedzie. Z drugiej strony nigdy nie był za nic odpowiedzialny i bał się tego.
Wieczór nadszedł. Rozkazy i broń były już dawno powydawane. Shaar wraz z kilkoma szamanami dosiedli wiwern. Pierwsi zaatakowali rębacze. Z murów leciały chmury strzał i bełtów. Cyklopi zaczęli rzucać głazami, aby zrobić przejście. Okazało się że mury są bardziej wytrzymałe niż sądzono a czekających rębaczy łatwo wystrzelano. Ruszyły więc większe orki oraz wypuszczono w stronę muru olifanty, które miały zazwyczaj taranować lecz dziś spełniały zadanie obronne. Pod nimi chowały się strzelające gobliny, które co jakiś czas wyłaniały głowy zza futra i strzelały do ludzi na murach. Nareszcie udało się cyklopom zrobić przejście. Teraz ruszyły całe wojska. Na murach pojawili się magowie. Nie byli liczni ale potężni. Magowie ognia puszczali kule płonące, którym nawet cyklopi nie mogli się oprzeć. Olifanty zaczęły łatwo wpadać w popłoch kiedy ich futro się zapalało. Potrafiły wtedy tratować chowających się pod nimi goblinów. Wtedy zaatakował Shaar wraz z szamanami. Przy pomocy wiwern zrzucali magów z muru. Ludzie jednak się nie poddawali ustawili balisty i strzelali w każdym kierunku.
Wszedł do obozu. Spojrzał na swoich dwóch towarzyszy. Wskazał im cel. W centrum stała ogromna wieża, która była porośnięta jakimś trującym bluszczem. W środku stali łucznicy. Każdy kto otrzymywał od nich obrażenie opadał z sił (jeszcze po wielu latach niektórzy orkowie byli skażeni daną substancją). Wszedł uważnie do środka wieży. Kręte schody prowadziły coraz wyżej. Weszli do jednego z czterech pokoi pokoi. Stało biurko kilka szaf a w centrum pulpit a na nim książka. Podeszli. Łatwo było zgadnąć, że po to przyszli. Nie porafili czytać ale domyślili się po znaku na okładce i jej zielonym kolorze, że jest to księga związana z magią ziemi. Zajrzeli do kolejnych pokoi. Znaleźli tam kolejno księgi do magii ognia, wody i powietrza. Wziął dwie księgi i po jednej podał towarzyszom. Szedł ostatni. Poza wieżą walka nadal trwała wtedy poczuł siłę strzały od balisty wbijającej mu się w rękę. Upuścił księgę którą miał w tej ręce i upadł. Zauważyli to dwaj pozostali. Cofnęli się by mu pomóc. W pośpiechu nie zabrali leżącej księgi. Kiedy uszli spory kawał zorientowali się, że mają tylko trzy księgi.
- To moja wina, idźcie do Shaar’a i oddajecie mu te księgi. Ja się wrócę i spróbuje odnaleźć tą którą zostawiłem.
Znów wszedł do obozu. Wtedy usłyszał jak ktoś go woła. Kilku cyklopów było zamkniętych w klatce. Pomógł im się wydostać i pokazał jak bezpiecznie mają wyjść. Ruszył dalej. Znalazł miejsce, w którym oberwał strzałą. Szukał długo lecz księgi tam nie było. Prawdopodobnie spłonęła, przecież to tylko papier pomyślał. Zaczął uwalniać różne dziwne stworzenia. Nigdy nie widział tak różnych gatunków harpii, cyklopów czy centaurów. Wiedział, że to sprawka magów, którzy musieli ich karmić czymś dziwnym. Pomógł im się uwolnić.
- Rozen - zawołał ktoś z tył.
Odwrócił się odruchowo, bo tak właśnie miał na imię. Nie było to imię bardzo popularne wśród orków był więc prawie pewny że to do niego. W jednej z klatek leżał cyklop. Był w średnim wieku ale bardzo wycieńczony. Miał ślady uderzeń. Podszedł do niego.
- Skąd znasz moje imię?
- Synu to ty? Pomóż ojcu wstać?
- Tata? Myślałem że nie żyjesz. Gdzie reszta naszej rodziny?
- Nikt nie przeżył. Opowiem ci o tym później, teraz pomóż mi wstać i uciekajmy stąd.
Zrobił to o co go prosił ojciec. Razem z innymi wyszli z obozu. Zaprowadził ich do miejsca w którym mieli zostać uleczeni przez szamanów.
Teraz dopiero udał się do Shaar’a. Pewnie jego dwaj towarzysze oddali mu już księgi. Kiedy szedł w stronę jego namiotu właśnie z niego wychodził. Zauważył go i zawołał do niego.
- Masz księgę.
- Nie mam, musiała spłonąć w płomieniach szukałem długo ale nic nie znalazłem.
- Prosiłem cię tylko o jedno a ty mnie zawiodłeś. Straż zabrać go do lochów. Albo nie. Otworzył księgę z magią ognia. Krzyknął coś i wystrzelił kulą ognia.
Stanął w płomienicach. Normalny ogień zaraz by zgasł ale ten nie słabł. Z czasem zaczął tracić siły. Upadł najpierw na kolana, lecz później cały się położył. Nagle poczuł zimno wody. Ujrzał stojącego nad nim ojca. Chwilę później widział jak Shaar wystrzelił w górę niczym fontanna wody. Poleciał prawie czterdzieści metrów w górę a następnie spadł. Nie przeżył. Ojciec pozbierał rozrzucone księgi, które trzymał wcześniej Shaar.
- Shaar chciał znać magię i pewnie wam to mówił. Nie wiecie jednak, że chciał dzięki temu zrobić z was swoich niewolników. Od dziś każdy ork który chce poznać magię może to uczynić. Te księgi będą do wglądu dla każdego. Magię wody znam tylko ja i tak pozostanie. A teraz wyruszamy na wschód tam będziemy bezpieczni.
************************************************** ************************************************** ****
Jeszcze przez 30 lat wojska Imperium atakowały orków w ich nowym miejscu zamieszkania. Tyle czasu zajęło ojcu Rozena na przypomnieniu sobie zaklęcia, które pozwoliło zatopić napływające statki. Nowy król odczytał to za znak od bogów i zaprzestał walk. Od tamtego czasu nie spotkano innego orka, który władał magią wody.
************************************************** ************************************************** ****
KONIEC

Retazar
01-24-2014, 06:23 PM
Dziękujemy za pierwsze opowiadanie! Nie należy przejmować się stylem, większość z nas na forum to przecież amatorzy a nie prawdziwi pisarze (chyba się nie mylę:)). Dlatego oceniamy też inne aspekty. Czekamy na następne opowieści!

Rimuel
01-24-2014, 08:15 PM
Leci Malik ponad lasem,
Szuka Ghuli w wszem świecie
Patrzy, woła, szuka,
Żaden Ghul go nie słucha,
Wtem na wzgórzu widzi Gnolla,
Myśli sobie, walnę spella,
A, Antropos go przywoła.

Gnoll podobny jest do Ghula,
Żywszy tylko - to nie problem.
Po wskrzeszeniu śmierdzi błotem.
Pachnie niczym bagna straszne,
Aż się Adar wzruszył zacnie,
Młodość mu się przypomniała,
Gdy się truchłem bawił za mała.

Jako dziecko inne trochę,
Magią władał wręcz bojową,
Palić, burzyć i odsyłać,
Nie On woli przywoływać.
Zmarli idą za nim chmarą,
Burzą, niszczą, oni palą,
A sam Marik jak przystało,
Wskrzesza wszystko, co zostało.

Cały świat wnet opustoszał,
Orki, smoki i rycerze,
Wszystko to nekromanta doskonały,
Obrócił w upierzy,
Rycerz dobry i waleczny,
Wnet wampirem stał się szpetnym.

Adar wielkim był przywódcą,
Co nie lękał się ni miecza, ni toporu,
Żaden woj go nie wystraszył,
On sam grabił, niszczył, straszył.

Pod piekielne bramy go ambicja prowadzi,
Aby spalić to co płonie, woła głośno,
"Wyjdź Demonie, miejże honor,
niczym Kensei, walcz o swoje "
A ze Demon nieuczciwy i za bramą Impy chowa,
Czarty, Zmory, Sukkubusy,
Trzymać misi wbrew pokusy.

Wnet Cerbery się zerwały,
Na bój wielki poleciały,
Spalic wszystko co z błota wylazło,
Niecierpliwe w swej pokucie,
Szybkie niczym Pao, palą wszystko co zostało.
Adar jednak się nie lękał,
Marionetki trzymał w rękach,
Przyszły tylko blisko dosyć,

Pieski z piekieł jak do pana,
Wiernie swym ogonem zamerdały,
I jak Marik im przykazał,
Na Demona poleciały.
Demon tego nieświadomy,
Bo za bramą stał skulony,
Wpuszcza pieski swe kochane.

Gdy te weszły nieodparcie,
Belias dumny, je przytula,
A te zamiast go przywitać,
Zagryźć biegły swego pana,
Bo nie karmił ich od rana.

Belias smutny i zdradzony,
Przez najbliższych oszpecony,
Biegł się poddać Malikowi.
Lecz Antropos zawiedziony,
Że nie zabił żadnej kreatury,
Począł płakać rozżalony,
"Adar tylko wskrzeszać każe",
Smutny wielce, wściekły wielce,
Rozkazy zignorował, kostur podniósł, zarymował,
I gdy Belias u stup upadł,
Ten go strzelił prosto w rogi.

Belias słaby zaraz upadł,
0 Hp mu zostało,
Marik wygrał,
Chwała za to.

Adonaida
01-26-2014, 01:57 AM
Tytułem wstępu: głównym celem tego opowiadania jest wyjaśnienie 'udręki Kierana'. :)

Udręczony


Tafia siedziała w powozie, którego woźnica nie mógł poradzić sobie z ogromnymi zaspami śnieżnymi. Był środek nocy i nic nie wskazywało na to, żeby ona i reszta miały dotrzeć do obozu Kasandry na czas. Zastanawiała się jak wielu ludzi umrze do rana z powodu tego opóźnienia.
- ...ścisnął ją za cycek, a ten twardy jak z kamienia! Aż mu palce połamało! - Emira, trzydziestoletnia mężatka, zwinęła się ze śmiechu popijając kolejną butelkę wina. Wszystkie kobiety wybuchły gromkim, pijalskim śmiechem, słysząc jej opowieść o niegrzecznym mistrzu kuszników i nieustępliwej anielicy o kamiennych cyckach. Alkohol zaczął przelewać się litrami przy pierwszym postoju - właśnie trwała zima stulecia, a baby przecież muszą się czymś rozgrzać. Tafia jako najmłodsza z całego towarzystwa pierwszy raz jechała pomagać na wojnie, więc nie zaopatrzyła się w żadne używki. Nawet nie wiedziała, że można. Było ich w sumie siedem w tym pojeździe a każda dostała krótki nożyk, futro na ramiona i opaskę medyka. Śnieg prószył nieustępliwie, a woźnica chyba zaczynał zamarzać bo zatrzymał powóz wyjątkowo gwałtownie i zlazł z konia. Podszedł i rozchylił drzwiczki z hukiem, wywołując pisk wstawionego towarzystwa.
- Nie pojedziemy dalej. - Zachrypiał spod grubego szala, którym owinął całą dolną część twarzy. - Odwiozę Was do najbliższego postoju armii, tam też są ranni. A Kasandra niech się w dupę pocałuje i ściągnie medyków z jakiegoś bliższego miejsca.
Tafii było na dłuższą metę obojętne, komu będzie pomagała, byleby opłaciło się opuszczenie domu. Położyła szczupłe dłonie na kolanach i ścisnęła suknię tak mocno, aż zbielały jej knykcie.
- Boicie się? - zapytała nieśmiało resztę grupy. Emira odwróciła głowę w jej kierunku i spojrzała zamglonymi alkoholem oczami.
- A myślisz, że po co pijemy? - Spytała, czkając głośno. Wszystkie śmiechy i rozmowy ucichły jak uciął nożem i Tafia zrozumiała, że popełniła błąd, poruszając tę kwestię. - Widziałam tyle zakażeń, ran i śmierci, że przysięgam Ci na Elratha: nie da rady tego znieść na trzeźwego. Dlatego zamknij japę i pij, dziewczyno, pij na zdrowie. - Emira wcisnęła jej w dłoń ciemnozieloną butelkę o długiej szyjce, po czym sięgnęła między poły sukni po kolejną dla siebie. Kobiety wróciły do przerwanych rozmów i żartów, jakby nic nie zaszło, a ona wzięła kilka naprawdę solidnych łyków. Na tyle solidnych, że zasnęła od razu.
Obudziło ją mocne szarpnięcie. Uniosła głowę z niewyraźną miną i rozejrzała się w okół. Jasne światło dnia raziło zza uchylonych drzwiczek, a woźnica uśmiechał się kącikami ust do rozbudzających się kobiet.
- Dojechaliśmy, moje panie. Gratuluję. - Powiedział, po czym odszedł w swoją stronę. Wyglądał na potwornie zmęczonego, i chyba nawet kuśtykał. Powoził końmi przez całą dobę i Tafia zdziwiła się, że nie padł z przemęczenia ani wychłodzenia.
Wygramoliła się z pojazdu jako pierwsza i głęboko odetchnęła ostrym, mroźnym powietrzem. Sięgnęła do torby po opaskę, którą dostała z urzędu wczorajszego ranka, i zawiązała ją na prawym ramieniu. Wszędzie w okół panował zamęt i wrzawa: ludzie przekrzykiwali się między namiotami, taranowali drogę pakunkami albo ćwiczyli walkę mieczem. Po chwili dołączyły do niej towarzyszki podróży - wszystkie wyglądały na potwornie skacowane.
- Dobra, dziewczęta, idziemy do kapitana. - Zarządziła jedna z nich, mała i raczej pulchna, po czym potarła obolałą głowę i ruszyła przed siebie. Tafię nauczono, że przełożony zawsze ma lo*** w centralnej części obozu, a ich grupa już dawno minęła nawet tyły. Wyglądało na to, że idą do najbardziej oddalonego namiotu, stojącego spory kawałek dalej od pozostałych. I faktycznie - to przed nim się zatrzymały.
- Kapitanie, przyszłyśmy się zameldować! - Krzyknęła prowadząca.
- Wejść.
Tafia wzięła głęboki wdech i poczuła, jak puls jej przyspiesza. Niemożliwe. Nie mogła trafić akurat na niego, on by ją zatłukł, gdyby odkrył, że poszła na wojnę, mimo obietnicy. Weszła bezwiednie, stając w samym środku szeregu. Uniosła głowę, spotkali się wzrokiem i nogi jej się ugięły. Kieran patrzył prosto na nią.
- Nie wzywałem pomocy. - Powiedział i przeniósł wzrok na Emirę, oczekując wyjaśnienia.
- Miałyśmy dojechać do obozu Poszukiwaczki Światłości, ale pogoda nie pozwoliła. Oddelegowano nas tutaj. - Odpowiedziała luźno. Kieran zmierzył wzrokiem wszystkie twarze po kolei, po czym westchnął i zadarł podbródek.
- Idźcie pracować, medyków nigdy nie brakuje w takich miejscach jak to. - Odparł zrezygnowany i odwrócił się plecami. - Tafia zostań. - Dodał po chwili. Kobiety popatrzyły na nią z niemym pytaniem w oczach, wzruszyła jednak ramionami, próbując nie okazać żadnych szczególnych uczuć. Wyszły potulnie, i jedyne co po nich pozostało, to cichnące i oddalające się urywki rozmów poprzetykanych przekleństwami.
- Przepraszam, ja nie chciałam Cię okłamać, po prostu potrzebowali mnie, przyszło takie zaświadczenie, każdy medyk z jednego domu… - Tafia wylała z siebie potok słów, nie wierząc własnym uszom w głupoty jakie gada. Kieran spojrzał na nią spod czupryny czarnych loków i nie było w jego oczach nic poza odrazą i chłodem.
- Spakujesz swoje rzeczy i za godzinę zabierzesz się z kalekami w kierunku północy. - Oznajmił. - Z głównego szlaku dojedziesz do domu. Możesz odejść.
- Nigdzie nie odejdę ani nie pojadę. - Odpowiedziała Tafia, spuszczając wzrok ze wstydu. Okłamała, dała fałszywą obietnicę a teraz postawiła się jemu jako dowódcy. Było jej źle, ale mimo wszystko uważała, że ma prawo się sprzeciwić. Właściwie ich relacja od początku była dziwna - Kieran miał oczekiwania i narzucał granicę, chociaż nic ich nie łączyło. Nigdy nie dopuszczał nikogo do siebie, unikał rozmów na własny temat, czuł się zagubiony podczas pokoju i w jakimś sensie potrzebował rozlewu krwi. Poza tym nigdy nie widziała, żeby się uśmiechał, albo żeby chodził bez swojej idiotycznie wielkiej zbroi.
- Wobec tego rozkażę Ci wywieść. Jesteś za młoda na zabawę w medyka.
- To Ty jesteś za młody na zabawę w rycerza. - Powiedziała to o szybciej niż pomyślała, jednak nie pożałowała ani przez moment. Kieran podszedł blisko i spojrzał na nią z góry, aż musiała zadrzeć głowę, żeby spotkać się z nim wzrokiem. Złapał ją za ramię i ścisnął tak mocno, że poczuła jak gruchają jej kości. Ból promieniował na całe ramię, a mimo to nie skrzywiła się.
- Nic o tym nie wiesz, głupia dziewczyno. - Wycedził przez zęby. - A skoro tak bardzo Ci spieszno do brudu i smrodu, to będziesz pracowała z końmi w stajni.
Odepchnęła go i odwróciła się na pięcie.
- Niech tak będzie, kapitanie. - Powiedziała chłodno, po czym wyszła.

Konie nie okazały się tak złe, jak sądziła, że będą. Chociaż praca z nimi wymagała dużo ruchu i siły, to nie była szczególnie odrażająca. Właściwie nawet cieszyła się, że nie musi oglądać śmierci ani krwi. Zdawała sobie sprawę, że posada stajennego miała ją poniżyć, ale nie dbała o to. Spanie na sianie wśród zwierząt również nie wydawało jej się takim złym pomysłem. Przynajmniej nie musiała słuchać napitych towarzyszek podróży, i ogólnie rzecz biorąc - miała dużą prywatność i całkiem sporo wolnego czasu. Kiedy już skończyła robotę usiadła na snopku i wyciągnęła książkę, którą wzięła sobie na podróż.
- Jutro jedziemy na front. - Usłyszała z progu. Odwróciła głowę w drugą stronę.
- Powodzenia, kapitanie. - Odparła chłodno. Nie miała zamiaru rozmawiać z nim tak jak przed wojną, kiedy jeszcze zamieszkiwał Wieżę Wynalazcy a nie namiot bojowy.
- Prawdopodobnie nie wrócimy. - Przyznał, po czym podszedł i usiadł obok niej. Po raz pierwszy w życiu miał na sobie coś innego niż za duża zbroja - był opatulony w zwierzęce futro, sięgające aż do kostek. Prawdopodobnie wszyscy żołnierze nosili takie stroje w tę porę roku.
- Łatwo się poddajesz. - Skwitowała, czując nagle ogromny żal. Popatrzyła na niego z bliska. Nie widzieli się dwa lata, w związku z czym przybyło mu twardych rysów i jedną podłużną szramę na twarzy.
- Po prostu realnie oceniam swoje szanse. - Wyglądał, jakby w ogóle nie bał się śmierci. Jego wzrok zawsze był raczej przygnębiony niżeli przerażony.
- Dlaczego nie pozwolisz mi jechać z Wami? Uczyłam się łucznictwa, może się przydam… - Tafia nie wiedziała, co ma powiedzieć, żeby poprawić któremu kolwiek z nich samopoczucie, dlatego palnęła taką głupotę. Prawda jest taka, że tylko by przeszkadzała na froncie.
- Dlaczego mnie okłamałaś? - Odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Bo nie chciałam siedzieć w tym małym domku na północy, kiedy wy tutaj giniecie od ran albo zakażeń. - Zaśmiała się smutno, i poczuła, że rozpada się wewnętrznie. Tłucze jak szklana upuszczona butelka.
- Jeśli jutro przeżyję to Ty będziesz szyła moje rany.
Spojrzała na niego niespokojnie, zastanawiając się, czy to nie żarty.
- Macie tutaj zawodowych lekarzy, oni to zrobią lepiej… Nie będę brała na siebie odpowiedzialności za Twoje życie, Kieranie.
- Prawdopodobnie nie przeżyję. - Odciął krótko. - Jednak jeśli tak, to owszem: będziesz. A tymczasem śpij dobrze. - Powiedział, po czym wstał i skierował się do wyjścia.
- Dobranoc. - Odparła przed siebie. - I przepraszam za fałszywą obietnicę.
Zatrzymał się, ale nic nie powiedział.

***

I faktycznie, szyła. Ludzie zatriumfowali nad nieumarłymi, chociaż ponieśli ogromne straty. Z opowieści żołnierzy usłyszała, że ocalałych było więcej niż dotarło do obozu. Pozabijały ich trucizny i brud, jakim nekromanci zatruwają swoją broń. Wszystkie żywe istoty słyszały historię o ohydnych zakażeniach, których nie można wyleczyć bez pomocy magii a i tak nie zawsze się udaje. Mieszkańcy Nekropolis roznoszą śmierć niczym zarazę dlatego, że sami są jej dziećmi, powitymi w chorobie i bólu. Kieran zażyczył sobie być szyty właśnie przez nią w dodatku w jego prywatnym namiocie. Dostała wszystkie niezbędne rzeczy i najszczersze wyrazy współczucia od zawodowych lekarzy przebywających w obozie. Weszła do jego siedziby bez cienia zażenowania czy wątpliwości, bo tak bardzo chciała zobaczyć z czym będzie musiała się zmierzyć. Leżał na siennym posłaniu, otoczony przez grupkę kobiet i kilku młodszych żołnierzy. Podeszła i stanęła miedzy nimi.
- Witaj, kapitanie. - Powiedziała nieśmiało, spuszczając głowę. Poczuła się zawstydzona sytuacją, choć nigdy nie należała do wstydliwych. - Przyszłam, żeby Cię uleczyć.
Kieran spojrzał na nią z siennika i zaśmiał się pod nosem.
- Zostawcie nas. - Polecił.
Tafia chwyciła gazę i zanurzyła ją w metalowej misie z alkoholem. Spojrzała na Kierana - był okryty pod samą szyję starymi pledami. Magia dana ludziom przez Elratha ogrzewała namioty i pomieszczenia na tyle mocno, że nie było czuć zimy.
- Pokaż mi rany. - Powiedziała bezemocjonalnie, odwracając wzrok.
- Proszę bardzo. - Odparł z delikatnym uśmiechem, pod którym kryło się coś złowieszczego, po czym zsunął materiał z ramion.
Tafia złapała się za usta, ponieważ widziała już takie krzywdy w książkach. Kieran miał cienką ciemnofioletową kreskę, wyglądającą jak żyła, idącą półkolem od prawego obojczyka aż do sutka. Taką bliznę zostawia tylko Banshee. Wysłanniczka śmierci, która zabija to, co zrani. Naznacza żyłę swoim jadem a potem ogląda agonię, kiedy ogień zaczyna krążyć we krwi aż w końcu dochodzi do mózgu. Nauczycielka Tafii mówiła, że nie istnieje gorsza śmierć.
- Kieranie, co to jest? - zapytała, czując, jak dłonie jej się trzęsą z przerażenia.
- Moja udręka.
- Nie rozumiem… Nie rozumiem, nigdy Cię nie rozumiałam! - Wrzasnęła, bo tak bardzo przygniotło ją, że może go stracić. To kwestia chwili, zapałka na suchej ściółce.
- Chodź. - Odparł krótko i odwrócił głowę w drugą stronę, eksponując bliznę na zarysowanej szczęce. Ciągnęła się spod ucha aż do brody, idealnie na linii kości i wygądała na pozostałość po torturach. Tafia podeszła i usiadła na skraju siennika.
- Opowiem Ci coś… - zaczął spokojnie, oglądając taniec cieni na ścianie namiotu. - Zostałem pasowany na rycerza w wieku szesnastu lat. Dostałem ten tytuł w tak młodym wieku jako pierwszy w historii. Byłem… trochę inny niż dzisiaj. Miałem wielkie ambicje i marzenia, myślałem, że zwojuję świat. Wyruszyłem na pustynię w poszukiwaniu wielkich magów, ponieważ chciałem, aby nauczyli mnie tego, co sami potrafią. Pozostawiłem wszystkich bliskich, których, jak się okazało, pod moją nieobecność zabrała wojna. W trakcie drogi spotkałem dziwną kobietę, która zaoferowała pomoc w dotarciu na pustynię. Zapewniała, że zna tamtejsze szlaki i drogi prowadzące do pałaców. Byłem młody i bardzo głupi, dlatego uwierzyłem jej od razu. Zaprowadziła mnie w góry nocnego zmierzchu, gdzie pod osłoną nocą zrzuciła przede mną szaty. Ukazało mi się rozkładające ciało. Pragnęła mojej krwi, żeby znów być fizyczna i piękna, dlatego powaliła mnie na ziemię i zaczęła ciąć w wybranych miejscach. Jechała zatrutym sztyletem po szczęce, brzuchu, udach, rękach, plecach… Piasek zabarwił się krwią, tyle jej ze mnie ubyło. A na koniec wbiła mi paznokieć w żyłę na klatce piersiowej. Słyszałem, że nie istnieje gorszy sposób na śmierć niż zostać zatrutym przez Banshee. Czułem jak trucizna rozpala moje wnętrze, wiłem się i krzyczałem, brodząc we własnej krwi. Obudziłem się na pustyni, u starego czarodzieja. Nie mówił po żadnym języku i nic nie rozumiał, ale uratował mnie, choć do dzisiaj nie wiem jak. Odszedłem stamtąd i tułałem się po wielkich piaskach umierając z pragnienia przez długi czas. Kiedy trafiłem na dolinę honoru, sądziłem, że wszystko już będzie dobrze. Ale nie było. Zacząłem widzieć Pajęczą Boginię i stawać się nieumarły, choć mojemu ciału nic już nie dolegało. Z dnia na dzień potrafiłem władać magią pierwotną, stałem się odporny na zakażenia i obudziło się we mnie pragnienie odbierania życia. Stałem się synem zła, któremu największą przyjemność przynosi krzywdzenie. Nie chciałem taki być, ale nie potrafiłem tego zatrzymać. Tylko szukałem pola do walki, żeby móc w końcu po raz kolejny wyssać życie… Stałem się potworem, a zarazem wciąż byłem sobą. Wtedy usłyszałem o Wieży Wynalazcy, zbudowanej przez geniusza o dwóch twarzach. Postanowiłem wrócić, ale przebywanie wśród żywych sprawiało mi wielką trudność. Dlatego zamknąłem się w niej, ale nie spodziewałem się, że w bibliotece mojego nowego domu będzie się krzątała wynudzona siedemnastolatka. - Uśmiechnął się słabo, kończąc opowieść, po czym spojrzał na Tafię w nieodgadniony sposób. Poczuła się… dziwnie.
- Przykro mi… Ja… nie wiedziałam. Nauczono mnie, że tego nikt nie przeżywa. - Wydukała, czując wielkie zażenowanie. Miała dziewiętnaście lat, większość kobiet w jej wieku było już dzieciate lub przy nadziei, a ona zachowywała się jak zawstydzona nastolatka. Jednak nigdy nie przebywała tak blisko z mężczyzną a Kieran był… on był… Piękny? Bardzo muskularny, ale wciąż smukły i szczupły. Wyjątkowo silny, jednym ściśnięciem złamał jej obojczyk; ale z drugiej strony jakby skrzywdzony i delikatny. Potrzebował mordować i pragnął dołączyć do armii nekromantów, a z drugiej strony wciąż był sobą, pokrzywdzonym człowiekiem po przejściach.
Wyjęła z miski gazę nasączoną spirytusem i przytknęła mu do niewielkiej rany ciętej na ramieniu. Spotkali się spojrzeniami. Kieran chwycił jej dłoń i przeniósł na miejsce swej udręki.
Tafia po raz pierwszy dotykała nagiej skóry mężczyzny. O dziwo okazała się ona dużo cieplejsza i bardziej miękka niż zawsze sądziła, że będzie. Kieran podniósł się do pozycji siedzącej i chwycił ją w talii, po czym odwrócił i skończyła pod nim. Nie wiedziała, co robi i co czuje, dlatego pierwszym odruchem było odepchnięcie. Po chwili jednak uległa i spojrzała na niego. Oparł swoje czoło o to jej, czuła jego kręconą czuprynę na swojej twarzy i zapach, który był upajający aż do szaleństwa. Czuła również coś innego, twardego i gotowego, nieco niżej, ale starała się nie zwracać na to uwagi. Położyła mu dłonie na twarzy.
- Robiłeś to kiedyś z kimś? - zapytała, czując jego dotyk po zewnętrznej stronie rozchylonej nogi.
Pokręcił głową.
- Ja też nie.
Kochali się do rana.

koniec.

Retazar
01-27-2014, 02:37 PM
Adonaida , moim skromnym zdaniem całkiem nieźle! Atmosfera na początku niczym o Sapkowskiego albo Piekary a nie MMDoC ale to nic złego, tym bardziej, że styl bardzo dobry. Czekamy na kolejne opowieści.

Retazar
02-03-2014, 12:23 PM
Jutro ostatni dzień, jak na razie grono zwycięzców jest dość oczywiste :)

Marcin_SzyFeL
02-03-2014, 07:36 PM
Przyznam się szczerze że nie bardzo znam uniwersum ale coś tam udało mi się napisać. Z góry przepraszam jeśli zdarzą się jakieś błędy ale pisałem to w pospiechu.

Noc. Zimny wiatr falami porywał ziarenka jałowej ziemi. Wszystko było spowite w ciemności.
Jedynym światłem które pozwalało na dostrzeżenie choćby zarysu najbliższej okolicy była
nikła srebrna poświata księżyca. Strażnicy stali blisko siebie dygocząc z zimna i
rozglądając się do o koła. Trzymali drzewce włóczni obiema rękoma w pozycji obronnej.
Ponure zarysy spalonych drzew poruszane wiatrem jęczały niczym zjawy.
- Nie powinniśmy uciekać.-Powiedział jeden z nich.
- Ciszej. Nie jesteśmy tu sami.- uciszał go drugi.
Za nimi rozległ się odgłos kroków. Odwrócili się w stronę z kąt pochodził dźwięk. Pusto.
Znów zabrzmiały kroki tym razem po ich lewej stronie.
- Kto tu jest?-Krzyknął gwardzista na co drugi zareagował klepiąc go w hełm.
Spojrzeli na siebie po czym już w ciszy powoli zaczęli kroczyć w stronę dźwięku.
Jeden z nich wskazał na cień wyłaniający się z ciemności. Przygotowali się do ataku i dalej sunąc
do przody zaatakowali z krzykiem.Włócznie wbiły się prawie do połowy gdy zauważyli kto jest ich
wrogiem.
- Szkielet!?- Sapnął jeden z nich puszczając broń która zaklinowana między kośćmi klatki
żebrowej zawisła w powietrzu.- Zwykły szkielet przywiązany do drzewa. Baliśmy się zwykłego starego
podróżnika który najwidoczniej nie chciał zapłacić myta jakiejś szajce złodziei.-Mówił coraz głośniej.
- Cicho bądź!-syknął jego towarzysz.
- Nie. Mam już dość twoich ciągłych podejrzeń.-Zdjął hełm ukazując swoją spoconą kościstą twarz o lśniących
w blasku księżyca oczach i krótko obciętych blond włosach.- Wszędzie widzisz albo słyszysz wroga.
Wystarczy głupi dźwięk zwierzęcia przebiegającego po pustkowiu i od razu słyszysz Orka! A a może to był
Demon albo Minotaur?- przerwał i przyjął poważną minę spoglądając na przywiązanego nieboszczyka.- Czy on?
-Też mi się tak wydaje.-przerwał mu towarzysz i natychmiast wyciągnął swoją włócznie.
Oboje stali teraz nieruchomo spoglądając na wiszące kości przeszyte już tylko jedną włócznią.
Pomału obeszli konar drzewa do którego były przywiązane. Wyglądało to naturalnie. Pozostawianie kupców i
podróżników przywiązanych w ten sposób na pustkowiach nie należało do rzadkości w Ashanie. Bandyci
i rzezimieszki pozbywali się w ten sposób konkurencji, świadków bądź kogoś kto odmówił haraczu. Obeszli
całe drzewo do okoła i znów stanęli na przeciw kościotrupa. Byli tak zajęci przyglądaniu się mu że
nie zauważyli kiedy podniosła się mgła.
- Nie. Nie mógł się poruszyć- Wyszeptał awanturnik. -To musiał być wiatr.
Z zamyślenia wyrwał ich ponowny dźwięk kroków zbliżający się zza drzewa od lewej strony. Tym razem
były one wyraźne. Dość głośne stuknięcia powtarzające się w równych odstępach czasu. Awanturniczy
gwardzista wyrwał swój oręż z drzewa łamiąc przy okazji kilka żeber nieboszczyka i przyjął tak jak jego
towarzysz postawę obronną.
Kroki wydawały się coraz bliższe. Z mgły wyłoniła się postać zgarbionego człowieka z długą laskom w ręku.
- Widzisz znowu pewnie myślałeś że to jakaś bestia a to tylko poczciwy wędrowiec.
- Dobra przyznaje może mam lekką paranoje ale to miejsce mnie przeraża.- Przyznał i opuścił broń.-Może on będzie
znał drogę do jakiegoś miasta.- Wskazał na postać coraz bardziej zbliżającą się do nich.
Oboje potaknęli do siebie i już chcieli ruszać na spotkanie wędrowcowi gdy jeden
przypomniał sobie o wiszących zwłokach.
- A co z nim?- Szturchnął czubkiem włóczni czaszkę.
- A jak sądzisz? Od dawna nikomu nic nie zrobił i chyba zbyt szybko to się nie zmieni.-Zażartował.
Gdy się odwracał wpadł na wędrowca który teraz mimo pochyłej postury był prawie równy jego wzrostu.
-Strzeż się naszych ciał. Nigdy zaprawdę nie wiesz, kiedy martwi są nimi do końca- odezwał się metalicznym
i lekko skrzeczącym głosem.
Gwardzista szybko cofnął się o krok do swego towarzysza który teraz stał pochylony próbując ujrzeć
twarz tego kto skrywał się pod płaszczem podróżnika. Gdy ten do niego dołączył powiedział stanowczym
głosem celując do niego włóczniom.
- Kim jesteś?- Brak odpowiedzi.-Kim jesteś! Pokaż swą twarz ty...
W tym momencie podróżnik machnął ręką w kierunku drzewa z nieboszczykiem które stało tuż
obok gwardzistów. Na ten gest w klatce żebrowej trupa zapłonął dziwny zielony ogień. Gwardzista stojący
bliżej niego mimo próby ucieczki został złapany przez zimne niczym stal, kości ramion i przygwożdżony
do drzewa.Drugi z nich widząc co spotkało jego kompana padł do tyłu i pół siedząc pół leżąc zaczął się cofać.
Widząc to zakapturzona postać wyprostowała się zaczęła pomału iść w jego stronę zdejmując płaszcz.
Był wysoki. Wyższy od normalnego człowieka. Ubrany w czarną zbroje wykończoną srebrnymi i iskrzącymi się na zielono
tak jak płomień powstały między kośćmi umarlaka, elementami. Zielony blask układał się w niektórych
miejscach w kształt chudego pająka o nienaturalnie długich odnóżach. Z pod kaptura wyłoniły się siwe niczym
srebro włosy. Sprawiały one wrażenie jakby stanowiły jedną całość z nienaturalnie bladą owalną twarzą.
Wyróżniały się z niej tylko ciemno szare sińce pod płonącymi tą samą zielenią oczami. Jego kostur wyglądający
do tej pory jak zwykła gałąź nabrała czarnego metalicznego połysku. Na jego czubku wyrósł zielony kryształ oprawi przypominającej
identycznego pająka jaki widniał na jego zbroi. Puścił go a ten mimo braku oparcia stał pionowo w miejscu.
Powiesił na nim swój płaszcz odwracając się do gwardzistów placami.
To moja szansa. pomyślał przerażony siedząc na ziemi. Spojrzał na swego uwięzionego towarzysza który
próbował wołać o pomoc jednak duszony przez szkieleta którego jeszcze niedawno przebił włócznia teraz nie
mógł wydobyć z siebie głosu. Przyglądając mu się zrozumiał że nie może już nic zrobić. Dla niego już nie ma ratunku.
Zacisnął silnie powieki i pomału bezgłośnie zaczął się podnosić przygotowując do ucieczki.
- Zostań. Dobrze ci radzę.- Powiedział już mniej skrzekliwie a bardziej melodyjnym głosem ich prześladowca.
Odwrócił się i ujrzał go stojącego tuż za nim. Z bliska nie wyglądał tak groźnie. Przypominał starca o
bardzo bladej cerze o podkrążonych oczach powstałych na skutek niewyspanie. Jednak one same były przerażające.
Jego umysł coś przyćmiło. Spoglądając w jego zielone oczy poczuł na granicy swego umysłu czyjąś obecność.
Nie wiedział jak to możliwe ale czuł w sobie potrzebę zadania sobie bólu. Kierowany niewiadomymi siłami
wyjął z małej pochwy przy pasie nóż. Niczym zahipnotyzowany spoglądał w zielone źrenice stojącego przed nim
mężczyzny.Pomału ociężałą ręka podniósł nuż na wysokość ramienia i przystawił jego ostrzę w miejsce gdzie
elementy pancerza miały między sobą małą lukę. Wtedy niczym wyrwany ze snu ocknął się i spojrzał z zaskoczeniem
na trzymane w ręku ostrze. W jego umyśle znów poczuł uczucie obecności po czym usłyszał w myślach ten sam
melodyjny głoś który przed chwilą nakazał mu zostać.
~ Widzisz ten nuż zobacz do czego jestem zdolny nawet nie dotykając cie.-Przerażony żołnierz spojrzał na twarz
swego mentalnego rozmówcy ten tylko się uśmiechnął.~ Stój w miejscu i nie próbuj żadnych sztuczek to może zachowasz życie.
W tym momencie uśmiech znikł z jego twarzy.jego wzrok powędrował ku przyszpilonego do drzewa drugiego z rycerzy.
- Dezercja to oznaka tchórzostwa.- Podszedł do prawie purpurowego z wysiłku i braku tlenu więźnia.- A z twojej mowy i
walecznej postawy wynika że jesteś najlepszym wojownikiem jakiego dane było mi ujrzeć.-Złapał go za szczękę swoją kościstą dłonią.
- A w dodatku wyśmiałeś swego przyjaciela.- Wskazał na nadal trzymającego nóż gwardzistę z na wpół otwartymi ustami spoglądającego na
ostrze w swoim ręku.- Wyśmiałeś go mimo że wielokrotnie jego strach uratował ci życie.-Kontynuował.-Dlatego daję ci wybór.
Spojrzał mu w oczy i nieco poluźnił kości ściskając jego krtań.
- Mogę cię tu zostawić. Na środku bezgranicznego pustkowia z małą szansą że ktoś cię o0dnajdzie i uratuję.
Albo -Wskazał ponownie jego towarzysza.- Albo on cię potnie byś wykrwawił się na śmierć.- Cofnął się o krok by ten mógł rozejrzeć
się po zamglonej okolicy. Niebo lekko pojaśniało wydawało się że jest już poranek jednak mgła była tak
gęsta że było widać tylko najbliższe parę metrów.
W jego głowie kłębiły się najrozmaitsze myśli. Z jednej strony obawiał się że pozostawiony
na pustkowiu może zginąć w okropnych męczarniach zdychając z głodu i pragnienia. Z drugiej strony gdy mgła
opadnie może uda mu się znaleźć jakąś oazę wśród tych pustkowi które przeszedł dzisiejszej nocy.
Wizja tego by jeden z jego przyjaciół i najwierniejszych towarzyszy broni miał odebrać mu życie nie wydawała mu
się dobrym rozwiązaniem. Wiele razy musiał podejmować decyzję o swoim życiu ale nigdy nie sprowadzały
się one do tego czy ma umrzeć szybko czy pozostać samotnym z nikłą szansa przeżycia. Próbował sobie przypomnieć
drogę jaką uciekali z obozu. Po drodze nie napotkali niczego prócz paru drzew i jaskiń. W jaskiniach może znajdzie jakieś źródło.
Poczuł na gardle trzymająca go kość. Przypomniał sobie że jest przyszpilony do drzewa. To kolejna z przeszkód w przeżyciu tu.
- Czas minął.- Głos oprawcy wyrwał go z zamyślenia.- Tera to ja wybiorę za ciebie.
- Nie. Czekaj! Daj mi jeszcze chwilę! Proszę!- Gwardzista z łzami w oczach starał się złożyć unieruchomione ręce
jakby chciał się modlić.
Poczuł jak kości krępujące go zaciskają się mocniej.
- Ty. Chodź tutaj!- Zwrócił się do drugiego z gwardzistów.
- Ja?- Spytał ledwo słyszalnym głosem odrywając przerażone oczy od trzymanego w ręku noża.
W odpowiedzi dostał tylko zimne przeszywające spojrzenie które zadziałało lepiej niż słowa. Podniósł leżącą włócznie
i szybko podbiegł do stojących parę kroków przed sobą rozmówców. W jego głowie znów rozległ się głos. To było pytanie.
~ jak bardzo jest ci bliski ten człowiek?
- Bardzo. To mój najlepszy... jedyny przyjaciel.Znamy się od dzieciństwa.- Odpowiedział ochrypłym z przerażenia głosem.
~ Więc pewnie nie chciałbyś go zabić?
- Nie.- Jego przerażenie rosło coraz bardziej.
Nie uzyskał odpowiedzi. Postać tylko odwróciła się i przywołując swój kostur do reki wziął płaszcz i rzucił go przed jego nogi.
Sam zaś rozłożył ręce i wypowiedział parę słów które zabrzmiały niczym echo chóru śpiewającego jakąś mroczną modlitwę.
Nagle urwał w trakcie zginając się w pół a z pod jego zbroi na plecach zaczęły się wyłaniać długie, czarne, włochate kończyny pająka.
Po chwili stał już z wypiętą klatką, podniesioną dumnie głowa i ruchliwymi odnóżami na plecach.
- Na twoim miejscu założył bym go. Czeka nas długa podroż a zapowiada się na deszcz.- Rzucił przerażonemu gwardziście który z wrażenia
upuścił broń z powrotem na ziemię. Schylił się po płaszcz i łapiąc za dzidę usłyszał ponownie mentalny głos.
~ Nie będzie ci potrzebna.
Zostawił ją leżącą na ziemi i zakładając płaszcz spojrzał ostatni raz na uwięzionego towarzysza który
purpurowy z wysiłku jaki wkładał w próbę uwolnienia się bezgłośnie prosił o pomoc. Przepraszam - Pomyślał zamykając oczy.
Przepraszam po czym udał się za swym nowym towarzyszem podróż.
- A tak w ogóle.- Wędrowiec podszedł jeszcze do więźnia kładąc dłoń na ramieniu jego przyjaciela zatrzymując go na chwilę.-
Jestem Atropos. Znany także jako Tkacz Umarłych i życzę ci miłej zabawy z nowymi przyjaciółmi.- Złapał nowego towarzysza pod ramię i
pokierował go w mgłę która raptownie zaczęła opadać ujawniając niezliczone bestie które kryły się w niej.
Natychmiast gdy tylko zniknęli w mgle zaczął się ponownie siłować z kośćmi które go krępowały. W myślach nie dawała
mu spokoju jedna rzecz. Dlaczego życzył mu miłej zabawy? I kim mieli być ci nowi przyjaciele. Szkielet który do tej pory krępował go
opadł bezwładnie do tej samej pozycji w jakiej go znalazł wraz z byłym przyjacielem. Usłyszał za sobą jakiś odgłos. Odwrócił się i
wypowiedział tylko bezgłośnie.
-Ghule.

*#*


- To one?- Seria wskazała na stojące parę metrów przed nią drzewa spowite w pajęczynie ze zwisającymi z gałęzi kokonami.- Nie są zbyt imponujące.
- Wiem pani że nie prezentują się najlepiej ale to są legendarne drzewa wisielców.- Wampir spojrzał na nekromantkę oczekując odpowiedzi
jednak ta tylko spojrzała na niego monotonnie jak gdyby ją to nudziło.- Eee...- Zaczął ponownie.- Nie wyglądają groźnie ale są bardzo
wytrzymałe i ustawione w wzdłuż linii frontu mogły wzmocnić nasze siły blokując ataki napastnika.- Nadal nie robił wrażenia na swej przywódczyni.-
- Gdy złapią kogoś w swe sidła potrafią zamienić ich siłę życiową w moc autoregeneracji.
Syria spojrzała na swego generała unosząc jedną brew wykazując zdziwienie. Spojrzała jeszcze raz na drzewa. które teraz
wysuwając swe korzenie z ziemi niczym macki zaczęły pomału się przemieszczać coraz bliżej miejsca gdzie parę godzin wcześniej trwała bitwa. Nic nie mówiąc odwróciła się i podążyła z powrotem w stronę obozowiska. Wampir nie zwlekając ruszył za nią.
- Poza tym jakieś nowe wieści?- Spytała nawet nie odwracając się do niego.
- W obozie na północy niewielu nas zostało Ale wysłałem tam część z naszych Lamasu powinny sobie poradzić do czasu przybycia
wsparcia.- Meldował przedzierając się przez gromadę szkieletów i ghuli.- A co do posiłków. Czy?
- Nergal nie daje wiadomości od dłuższego czasu- Odpowiedziała wyprzedzając jego pytanie.
Przystanęła na chwile a wampir zaraz za nią. Chwile się porozglądała po czym z powrotem ruszyła w tłum oddziałów nieumarłych.
- To zła wiadomość.- Wampir wydawał się zawiedziony. Nasze ghule zaczynają słabnąć a plaga która się rozwija w części
z nich prawie wygasła.
Seria ponownie przystanęła rozglądając się do okoła.
- Pani czego szukasz?- Zapytał zdezorientowany.
- Czy ktoś wie gdzie do cholery podziała się Ariana?- Krzyknęła na całe gardło by przekrzyczeć tłum znajdujący się w okuł nich.
wszyscy raptownie ucichli.
- Pani.- rozległ się głos a tuż przed nią pojawiła się rozmyta postać kobiety.- Pani. Ariana wyruszyła na pole bitwy
wzmocnić nasze szeregi o nowych rekrutów.- Kobieta wskazała pobojowisko na których w równej linii już stały nieruchomo drzewa.
- Dziękuje.- Powiedział Nekromantka po czym bez słowa ruszyła we wskazanym kierunku.


*#*

Tyle śmierci. Kiedyś przerażał by mnie fakt że w jednym miejscu może być tyle śmierci. A teraz? Nic. Nie czuje nic.
Nic prócz pustki i wszechogarniającego zimna. Zimna które nie potrafi zniknąć nawet w najcieplejsze dni lata. Nie potrafi go
rozpalić nawet najcieplejsza ciecz czy pokarm. Czuję się pusta. Wypełniona ciemnością i żądzą zemsty. Już nie pamiętam nawet za co
tak długo przemierzam ten świat w takim stanie że już nie wiem jaki jest tego cel. Potrzebuje czegoś nowego.
czegoś co by przywróciło mi to coś co wypełniało miejsce ciemności. Czegoś co motywowało by zemstę. Matko.
Proszę cię odpowiedz mi co się wydarzyło że czuję tak wielką potrzebę sprowadzenia zagłady na ludzi. Co było powodem
dla którego przystąpiłam do twej armii.

~ Czyżbyś żałowała swej decyzji?- Zbliżyła swe twarze tak blisko że wyczuwała ich oddechy.~ Czy nie podoba ci się moc jaką posiadasz?

Nie. Moc jest wspaniała. Możliwość służenia Ashy to największy zaszczyt. Ale ta pustka. To mi nie daje spokoju.
Czuję że puki nie poznam prawdy nie będę mogła wypełniać jej woli dostatecznie dobrze.

~ To był twój wybór. Ty chciałaś by twe losy zostały odesłane w niepamięć.- Matka Namtaru zaczęła ją powoli okrążać.~Prosiłaś by
twe poprzednie życie zostało oderwane do ciebie. Wiedziałaś że to jest nieodwracalne. Chciałaś by twe losy zostały wiecznie zerwane.
A teraz odejdź. Ktoś chce z tobą pomówić.
Pomału obraz świątyni i w Pajęczej kobiety zaczął się rozmywać. Przy każdym mrugnięciem oczu zaczął powracać
widok leżących ciał i walającej się wszędzie broni. W okuł stały szkielety trzymające wszelkiego rodzaju oręż znaleziony na ziemi.
Miedzy nimi dostrzegła zbliżające się dwie postacie. Zaczęła wstawać. Podniosła się z kolan podpierając się leżącym tuż obok ciałem
które pod wpływem jej dotyku zaczęło gnić i deformować się. Po chwili oboje i ona i właśnie powstały ghul
stali czekając na zbliżającą się Serię i wampirzego generała.
- Znowu z nią rozmawiałaś.- Zaczęła Seria gdy tylko zbliżyła się dostatecznie blisko by mogła usłyszeć cichy ton odpowiedzi.
- Tak i jak zwykle nic nie wiem.- odpowiedziała podchodząc do kolejnych zwłok które po jej dotknięciu zaczęło zmieniać formę.
Już miała dotknąć kolejnego z ciał jednak nie zrobiła tego. Stanęła niczym zahipnotyzowana spoglądając na linie
frontu gdzie stały śmiercionośne drzewa. Między nimi w oddali ukazywała się wielka armia. Żołnierze zbliżali się. Ariana stała nie ruchomo.
Nie mogła poruszyć żadną częścią ciała. Widziała Serię stojącą przed nią i potrząsającą nią za ramiona. Jednak to nic nie dawało.
Armia znajdowała się coraz bliżej. Seria coś mówiła. Może nawet krzyczała. Nie wiedziała co się z nią dzieje. Poczuła w sobie
coś dziwnego. Jakąś nieokreśloną siłę paraliżującą jej ciało. Jaj wzrok zaszedł mgłą. Znów ujrzała Matkę Namtaru. Jej wszystkie
twarze uśmiechały się szyderczo spoglądając tak jakby przeszywały ją na wylot.

~ Asha przesyła ci prezent.- Potrójny głos rozniósł się w jej głowie.~ Otrzymałaś to czego pragnęłaś. Otrzymałaś to co cię skłoniło
do dołączenia do nas. Czujesz to. Przepełnia cię. To strach. To obawa przed tym że jesteś bezbronna wobec innych sprawiła że
przystąpiłaś do armii Ashy. Pragnęłaś się bronić. A teraz.- Ariana z zaciekawieniem wsłuchiwała się w słowa pajęczycy.~ Teraz kiedy
masz to czego pragnęłaś Wykorzystaj to. Niech twa dawna bezsilność napędza twą dzisiejszą moc.

Poczuła lekkie uderzenie. Otworzyła oczy. Leżała na ziemi pochylał się nad nią jakiś Lisz. Słyszała głos Seri. Wydawała rozkazy
- Ghule mają zająć się utrzymaniem linii obrony. Kto wie jak długo wytrzymają te twoje badyle.- Nie zrozumiała odpowiedzi ale wiedziała że
jej rozmówca był Wampir który był z nią na polu bitwy gdy straciła przytomność.
Lisz pomału pomógł jej wstać. Seria podeszła do niej i spojrzała jej w oczy.
- Co ty u diabła robisz? Armia była paręnaście metrów od nas a ty stoisz tam i się gapisz tylko. Musiałam się ogłuszyć żebyś się
poruszyła.- Prawię krzyczała.- Zresztą nieważne. Mamy większy problem. Nasza armia jest w opłakanym stanie. nie wytrzymamy do wieczora.-
- Mówiąc to wskazała na nielicznych nieumarłych zgromadzonych w obozie.- Ariano. Przegrywamy.
- Asha nie pozwoli na to. Musimy utrzymać się jak najdłużej.- Powiedziała podchodząc do sterty leżących nieopodal zwłok.- On jest już blisko.-
niemal wyszeptała wskrzeszając nowe ciała.
- Nergal?- Seria złapała ją za ramię i odwróciła do siebie.- Nie możemy na niego liczyć. Nie mamy od niego wieści od wielu dni i jeśli
mamy na niego...
- Nie on!- Przerwała jej.- Nie on.Co to było?- W powietrzu rozniósł się przeraźliwe ryczenie. niczym tysiące dusz które po setkach
lat mogły złapać oddech.
Obie spojrzały na pole walki niedaleko od obozu. Służące jako mur drzewa stały w płomieniach. jedno po drugim zamieniało się w dym i z takim właśnie rykiem rozsypywało się po terenie toczącej się bitwy. Ariana poczuła w sobie ukucie. Jej oddech przyśpieszył. Nie mogła
zapanować nad drżeniem rąk. To on - pomyślała.To jest strach który czułam tam stojąc naprzeciw zbliżającej się armii. To on mnie tak
sparaliżował.Teraz widzę dlaczego potrzebowałam potęgi. Bez niej jestem bezsilna. Jednak z nią- Wyprostowała się- Z nią strach
to narzędzie którym zatruję tych kruży są mi wrogami.
Energicznie obróciła głowę w stronę znajdującego się za obozem lasu. Seria poszła jej śladem jednak nie wiedziała o co chodzi.
Zauważyła rosnący uśmiech na twarzy towarzyszki.
- Co się stało?- Zapytała.
- On tu jest.- Niemal wyszeptała Ariana.


*#*

Obóz była mały i niemal doszczętnie spalony. Wieczorne niebo czerwieniało od palących cie gór drzewa leżących w samym środku bitwy.
Przybył w samą porę. Bitwa zdaję się być przegrana. Niezliczone liczby oddziałów wroga przedzierały się coraz bliżej obozu Nekromantów.
Wyczuł woń palonych ciał.
- Czujesz to?- Spytał swym jedwabistym śpiewnym głosem.- Dlaczego to robią.
- Wiemy że używacie naszych żołnierzy do powiększania armii mistrzu.- Niemal wycharczał zlany potem były gwardzista dezerter, Teraz bardziej
przypominający żebraka. Gdy wygramolił się z zarośli lasu stanął obok Atroposa.- Gdy tylko mamy. To znaczy się gdy maja okazje
spalają zmarłych towarzyszy.
Nie wydawał się tym zaskoczony. zaśmiał się tylko cicho i powędrował w dół zbocza ku obozowi.
Na przeciw wyszły mu dwie kobiety ubrane podobnie do niego. Jedna z nich miała zasłoniętą twarz chustom a głowę przykrywał kaptur.
Druga zaś bardziej postawna o długich srebrnych włosach i tak samo bladej skórze jak Atroposa. Gdy tylko się zbliżył wyciągnęła do niego swą dłoń która ten chwycił i ucałował niczym.
- Ariano. Ile to już czasu?- Spytał zbliżając się do niej tak że ich twarze prawię się stykały.
- Zdecydowanie za dużo.- Odpowiedziała uśmiechając się po czym odwróciła twarz w bok.- A to moja przyjaciółka i Towarzyszka w boju Seria.
Ponownie powtórzył rytuał z dłonią.
- To zaszczyt pani.- spojrzał jej w oczy.- Wybacz że tak długo czekałaś ale po drodze coś mnie zatrzymało.- Z powrotem odwrócił się
ku dawnej, siwowłosej znajomej.
- Właśnie widzę.- Spojrzała przez jego ramię na przerażonego gwardzistę trzęsącego się ze strachu przez otaczające go z zaciekawieniem zjawy.- Po co przyprowadziłeś go tu?
Nie odpowiedział. Odwrócił się tylko i przywołał go lekkim kiwnięciem głowy. Na co z wdzięcznością za uratowanie go od grupy bestii podbiegł do swego pana.
- To jest Malik.- Ukłonił się obu nekromantkom.- Mój nowy uczeń.
- Uczeń?- Seria zaśmiała się z pod chusty.
-Nieważne kim jest.- Ariana wskazała na wojska wroga podchodzące prawie pod obóz.
-Przybyłem w samą porę. Malik chodź ze mną czas na kolejną lekcję.
Ruszyli w sam środek boju. Gwardzista unikając walki szedł skulony za swoim mistrzem gdy nagle stanęli.
- Jak sądzisz co to jest?- Wskazał uczniowi zwłoki poległego wroga.
- Martwy żołnierz.
-Jak sądzisz? Czy możne dalej walczyć?- Spojrzał z wyczekiwaniem na odpowiedź.
-Raczej nie.
- Błąd drogi Maliku. Otóż jak to powiedział kiedyś mój stary przyjaciel, Nergal ,,Nawet po śmierci żołnierze trafiają w szeregi... Nasze szeregi.- Dokończył dotykając ciała zmarłego jednym ze swych pajęczych odnóży. Te natychmiast zaczęło gnić i poruszać się. O chwili stał przed nimi
śmierdzący na wpół przytomny zombi Który na znak swego stworzyciela ruszył do bitwy rozsiewając zarazę swym gnijącym odorem.- Czeka cię jeszcze dużo nauki. A teraz stwórzmy sobie armię.

KONIEC.

Horibe
02-03-2014, 09:45 PM
Balan Tays (541-583) pochodził ze średniozamożnej rodziny szlacheckiej, której pozycja wzmocniła się po podpisaniu kontraktu z Cesarzem na dostarczanie wysokogatunkowej whisky dla wojska. Ten sam kontrakt gwarantował młodemu wówczas Balanowi Tays gruntowne wykształcenie wojskowe w Głównej Akademii Cesarskiej, którą ukończył z wyróżnieniem. W roku 580 w wieku 39 lat Balan Tays, uzyskawszy tytuł generała otrzymał dowództwo nad posterunkiem przy wschodnich granicach Cesarstwa. Liczący niespełna osiem tysięcy żołnierzy posterunek w ciągu dwóch lat stał się tematem rozmów i obaw całego Cesarstwa i samego Cesarza (...)

"Historia Sztuki Wojennej"


Rok 582. Wschodnia granica Cesarstwa. Królestwo Chomika.

Generał Balan Tays przechadzał się po swoim namiocie, był wyjątkowo odprężony. Zebranie sztabu miało odbyć się za kilka minut. Wstępie ustalone było na godziny poranne, ale Balan przesunął termin na popołudnie z prozaicznego powodu... uśmiechnął się w duchu na wspomnienie poranka. Siedząc na kibelku (a raczej garnku), który do złudzenia przypominał wazę w której mama podawała niedzielny rosół, oddawał się rozkoszy wypróżniania. W takiej chwili cały namiot można było z powodzeniem nazwać Kwaterą Gówną. Balan nie zamierzał również dzielić się słodką tajemnicą do czego posłużyły raporty... dlatego zebranie musiało odbyć się w południe.

W namiocie pojawił się pierwszy z dowódców. Magister Gin Lubowski, dowódca Magów Bitewnych. Młody, uzdolniony i ambitny . Był nie tylko świetnym magiem ale i przyjacielem Balana. Kolejny do namiotu wkroczył Mari Huan, otoczony piórami (powtykanymi byle jak w zbroję), z pomalowaną twarzą, wyglądał na obłąkanego. Jednak to tylko pozory... zbroja była wykonana ze skóry jaszczurek z gatunku Spi Ry-Tus (ich skóra ma niewiarygodną wręcz przyswajalność magii, niektórzy mówią że wprost przegryza się z magią). Zbroja na pewno obdarowana magią, a kolorowa twarz to nic innego jak runy ochronne. Dowódca Cesarskich Gryfów zawsze był gotowy do bitwy. Trzecim uczestnikiem był Spai Rainland, ponury przywódca siatki szpiegowskiej i ekspert od "public relations". Panowie rozsiedli się na swoich miejscach. Balan przywitał ich szczerze, podając każdemu rękę.

- Panowie, czekamy na jeszcze jedną hmmm... osobę, że tak powiem.
- Jestem tutaj Panie - usłyszeli jakby w odpowiedzi. Na szafie siedział sobie wygodnie mały zielony imp. Szczerzył w uśmiechu ostre jak brzytwy zęby.
- Witaj Mordek... - przywitał się Balan - ... Ty i twoi rodacy wykonaliście swoje zadanie, oto Twoja zapłata. - mały imp aż wiercił się w miejscu z przejęcia i z czcią przyjął od generała małą srebrną monetę (Gin od razu wyczuł magię bijącą od przedmiotu). Mordek delikatnie przełamał srebrny krążek, ten rozpadł się w proch, a po małym impie pozostały jedynie odległe słowa pożegnania.
- Winien Wam jestem wytłumaczenie - przemówił Balan.
- Nie znacie Mordka, bo nigdy nie bywał w obozie. Jednak on i dwustu jego współplemieńców od dwóch lat walczą za naszą sprawę. Każdy z Was ma swój udział w tym co stanie się w kolejnych dniach. Ufam Wam, więc zacznę od początku...

- Dwa lata temu wyruszając na posterunek, wiedziałem że Cesarz obawia się w swoim otoczeniu młodych, zdolnych dowódców. Nie można się ich pozbyć, ponieważ bronią Cesarstwa, ale nie można im ufać i trzymać blisko siebie. Cesarz jest stary ale niegłupi. Najzdolniejsi konsulowie dowodzą wojskami na granicach Cesarstwa, z dala od Tronu, przynosząc chwałę Cesarzowi, ale stolica sama w sobie jest bezbronna. Jako Dar od Cesarza otrzymałem tych 200 małych impów. Nie miały żadnej wartości militarnej dla Cesarza, a sprawiały same problemy i miały niepohamowany apetyt. Z przywódcą tej wesołej zgrai zawarłem pakt. Oni wykonają pracę, w zamian otrzymają wolność. Moneta którą widzieliście była Pieczęcią Lojalności. Impy były kluczem do tego co wydarzy się wkrótce...

Gin, Mari i Spai byli nieco znudzeni tym przydługim monologiem.
- Do rzeczy Balan - zachęcił dowódcę Spai.
- Zacznę od tego jak uzyskaliśmy sytuację patową z armią Czarnogrzywego, która oblega nasz posterunek od trzech lat. Od ponad roku nie było żadnego incydentu na linii frontu i to dzięki Twojemu udziałowi Rainland... W 581wybraliśmy wśród naszych żołnierzy około 300 wyjątkowo chudych i wysokich typów. Każdy z nich otrzymał jako oręż pałkę... zwykłą pałkę. Uroczyście z tymi pałami przemaszerowali w okolicach linii frontu, pamiętasz?
- Owszem - odpowiedział Spai - cała armia miała ubaw wołając na nich Poszukiwacze Śmierci Z Pałą
- A co na to Czarnogrzywy?
- Że nasze szeregi zasiliło 300 Poszukiwaczy Śmierci z Pao - odparł ekspert od "public relations"
- Poszukiwacze z Pao tutaj, na wschodzie... szukali Śmierci tak daleko od ojczyzny i do tego 300? Nikt nie widział ich więcej niż 10... eh... ważne że przeciwnik to kupił. A ***ple Pijaka Chałabały?
- Pamiętam - wtrącił Gin - kilku chłopaków popiło w karczmie. Wleźli na wóz, nakryli się żółtym kocem, jeden z nich wyciął miejsce na głowę żeby widzieć gdzie jadą i wariowali po całym obozie. Wszyscy skandowali Chałabała, Chałabała.
- A co na to Czarnogrzywy? -Balan zwrócił się do Spaia
- Że mamy w armii Cyklopy Hałaburdy...
- Przeciwnik zaczął nas szanować i wstrzymał się do dzisiaj z atakami. Dając nam możliwość na 2 punkt mojego planu...

Zebrani dowódcy zaczęli szemrać.
- 2 punkt, o co chodzi Balan? - pytali wspólnie.

Generał kontynuował:
- Tutaj wkroczyłeś Ty Mari. Dzięki spokojowi na froncie odwołałem Twoje Gryfy z linii frontu i otrzymałeś rozkaz.
- Tak - zaczął Huan - przeszukać z powietrza Sahaar i odnaleźć potencjalnych sprzymierzeńców.
- Z zadania wywiązałeś się wzorowo...
- Jak to? - przerwał dowódca Gryfów - jedyną rasą był tajemniczy lud kaktusów, ale ich było mało i nie byli zainteresowani wojną...
- Nie do końca - uśmiechnął się generał - spotkałem się z przywódcą kaktusów Te-Killą. Dowiedziałem się że ich plemię liczy około 10000 kaktusów. Wojownicy, szamani, a nawet kaktusowi magowie. Ich strzelcy trafiają królika z dwóch kilometrów. Mają niewyczerpane źródło amunicji... kolce. Kaktusowi siepacze nie zważają na rany. Mieli tylko jeden problem... rozwiązanie tego problemu gwarantowało mi ich przychylność.
- Jaki to problem Balanie? - zapytał Gin.
- Kaktusowi mężczyźni to impotenci, a kaktusowe damy to bardzo spragnione pieszczot kaktusowe damy. Małych kaktusików nie ma za wiele, dlatego tak szanują życie. Wtedy swoją pracę zaczęły impy.

W namiocie zapadła cisza.
- Impy wybrały się w Góry Wiagrowe w poszukiwaniu...
- Stojaka Niebieskiego, ty lisie - uśmiechnął się Gin.
- Stojaka Niebieskiego - powtórzył generał - naturalny środek na długotrwałą erekcję bez efektów ubocznych.
- Ale Góry Wiagrowe są kontrolowane przez gobliny, nie pozwolą zbliżyć się nikomu.
- Teraz już wiecie dlaczego tych goblinów jest tak dużo... kocą się jak szalone i mają potężne wsparcie w postaci niebieskiego grzyba. Owszem, nie zbliży się tam żadne żywe stworzenie... nasze impy miały jednak pewną niedocenianą zdolność. To znikały, to pojawiały się. Niemożliwe do namierzenia. Fachowe nazewnictwo: Fazowały... zebrały tyle grzybów ile uniosły. Dar dla Te-Killi trzeba było wysłać dwoma wozami. Starczy na kilka pokoleń.

Generał spojrzał na zebranych.
- I tu nastąpiło coś czego nie podejrzewałem. Otóż Stojak Niebieski jest grzybem który nie rośnie ot tak, na zawołanie. W kilka dni po tym jak impy ogołociły Góry Wiagrowe z grzyba pojawiło się poselstwo od króla goblinów. W zamian za danie spokoju jego grzybowym plantacjom obiecał trochę wojska pod naszą komendę...
- Trochę...? - spytał Mari
- 4000 piechurów, 2000 łuczników...
- A ile kaktusów obiecał Te-Killa - zapytał ostrożnie Rainland
- 2000 wojowników, 500 szamanów, 500 magów. Jutro spodziewam się zjednoczyć armię.

Liczby wywarły spore wrażenie na zebranych. Patrzyli na siebie nie kryjąc emocji.
- Jak to zgrać logistycznie? - pytali
- Tu wkracza Gin i jego magowie. Zaraz po Twoim powrocie Mari, kiedy Gryfy wróciły na front, odwołałem magów i ci ćwiczyli tylko jedno zaklęcie...
- Portal - szepnął Gin...

Następnego dnia generał, jego dowódcy i cała, licząca 10000 armia była świadkiem niecodziennych wydarzeń. Z magicznego portalu wyłonił się potężny wódz kaktusowego ludu, liczący 3 metry wzrostu Te-Killa, a za nim tysiące wojowników. Z kolejnego portalu, do przygotowanych namiotów kierowały się gobliny z Gór Wiagrowych. Do południa armia Balana Tays podwoiła liczebność.
Powiadają, że bitwa (nazywana przez niektórych Bitwą Kolców) trwała niecałe 2 godziny. W oczach Czarnogrzywego nie malowało się przerażenie, lecz zdziwienie. Oto miał przeciwko sobie ludzi, gobliny i kaktusy idące ramię w ramię...

- Niezły plan - pochwalił generała Lubowski - naprawdę niezły. 2 lata starań i finał zaledwie w 2 dni - mag opuścił namiot pozostawiając generała samego.

Balan Tays śnił tej nocy o ojcu. Miał zaledwie 10 lat kiedy pojawił się razem z ojcem na dworze Królestwa Pająka. Było to w kilka dni po podpisaniu kontraktu z Cesarzem na dostarczanie whisky dla wojska. Król Spaj Der (zdeklarowany alkoholik) za obietnicę dostaw alkoholu zobligował się do przmianowania Królestwa Pająka na Królestwo Chomika. Kiedy młody Balan spytał ojca czemu ma to służyć usyszał w odpowiedzi:
- Synu... Królestwo Sokoła walczy o dominację w Cesarstwie, Królestwo Wilka również ma aspiracje. Nie zapominaj o Królestwie Tygrysa, Dzika i innych agresywnych zwierzętach. Cesarz i nikt inny nie zwróci w przyszłości uwagi na Królestwo małego Chomika, bezbronnej istotki. A kiedy nadejdzie czas i nasze Królestwo Chomika zgromadzi odpowiednią armię... cóż synu... wtedy Cesarz zacznie martwić się o tron...

A.Stępień

Retazar
02-04-2014, 12:13 PM
Dziękujemy za wszystkie opowieści. Pracę można jeszcze wysyłać dzisiaj do końca dnia. Wyniki ogłosimy jutro :)

trupiciel
02-04-2014, 10:20 PM
Krótka historia ręką Kelthora spisana po druzgoczącej porażce w boju z Alią.

https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-ash2/t1/599116_10152626638320582_1506008909_n.jpg

Szafirmag
02-04-2014, 11:07 PM
Zanim zakazany płomień został odnaleziony przez Alię był tylko legendą.Wiele osób uważało ją za świetną bajkę dla dzieciom i wspaniałą historyjkę do opowiadania przy ognisku.Oto Legenda o zakazanym płomieniu:

Legenda o zakazanym płomieniu
W starożytnym Ashanie(jakieś 5000 lat temu) istniało wielkie cesarstwo Ashalot. W ówczesnych czasach było to jedno z najpotężniejszych państw.Mieli najlepszych magów ognia i niewiele osób władających magią mogło się z nimi równać.Ich pilnie strzeżonym sekretem był tak zwany zakazany płomień.Było to zaklęcie wymagające niewielkiej ilości many, na tyle mało złożone,że pojąć je było w stanie większość czeladników magii ognia,jednak tylko najlepsi w tym żywiole byli w stanie wydobyć pełnie jego destruktywnego potencjału. Ten czar miał taką moc,że nawet w rękach niedługo praktykującego sztukę magiczną uczniaka był w stanie zrównać z ziemią całą wieś.W obawie iż ten sekret mógłby wpaść w niepowołane ręce i ze względu na duże zagrożenie jakie stwarzała ta umiejętność magiczna(nawet dla samych mieszkańców cesarstwa) została zakazana. Zamknięto je w najpilniej strzeżonej strzeżonej bibliotece tego kraju. Przekazano tą tajemnice tylko wybranym mistrzom specjalizującym się w tym niebezpiecznym i niszczycielskim żywiole jakim jest ogień.Użycie zakazanego płomienia było dozwolone tylko w wyjątkowych sytuacjach i każde jego nieuzasadnione rzucenie było karanie pozbawieniem mocy magicznej(co dla większości magów, którym możliwość władania magią dawała wysoki statut społeczny i prestiż było karą bardziej upokarzającą niż śmierć).Wtajemniczeni czarodzieje musieli uzyskać zgodę Rady Magów,zanim mogli przekazać tą tajemną wiedzę komuś innemu. Przez dekady Ashalotowi udawało się trzymać ten atut w sekrecie.Dawał im on przewagę w walce z wrogami,których tak wielkie i potężne cesarstwo miało wielu.Jedno z nich nie traktowali jednak poważnie. W końcu kto by przypuszczał,że tak prymitywny lud jak nagi(przeznaczony do pracy w kopalni i innych podrzędnych robót) mógłby stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla tego silnego narodu,który ich zniewolił.Nagi miały naprawdę sporo powodów,by nienawidzić Ashalończyków. Ta rasa nie tworzyła wtedy tak wspaniałej nacji jak dziś.Żyła w rozproszeniu,podzielona na wiele różnorodnych plemion(nierzadko walczących ze sobą).Cywilizacja ashalońska była niezwykle rozwinięta-wystarczająco,aby zniewalać i zaganiać przedstawicieli nagijskiej rasy do niszowych robót(takich jak na przykład sprzątanie ulic), których żadnemu dumnemu obywatelowi Ashalotu nie chciało się wykonywać. Tak samo jak wiele plemion orków zwykle ma jakiegoś szamana,tak samo plemiona nag miały jakąś zaklinaczkę,która znała niektóre zaklęcia magii wody i parę leczących uroków. Ze względu na swą mądrość i respekt jaki były darzone, miały one duże znaczenie w utrzymaniu nagijskiej kultury,która trwała wśród członków tej wspólnoty nawet w trakcie ashalońskiej niewoli. Magowie ognia(którzy w większości zajmowali najwyższe stanowiska w Ashalocie) tolerowali istnienie zaklinaczek,ponieważ ich niegroźne,lecz efektowne sztuczki magiczne takie jak gejzery na pokaz,lodowe rzeźby w kształcie kolców lub widowiskowe ścieranie się fal świetnie nadawały się na pokaz magii dla znudzonej,lecz bogatej ludności Ashalotu. W żywiole wody był jednak jeden czar,którego bał się każdy,kto władał ogniem. Był to monsun, który drastycznie ograniczał moc czarów ognia i ziemi. Nikt z panów,mających nagijskich niewolników (nawet w najgorszych koszmarach) nie spodziewał się,że ktokolwiek z nag da radę opanować tą wyrafinowaną i złowrogą umiejętność. Jednak ten cierpliwy i pokorny lud nie próżnował. Przez wiele lat udoskonalał swoje umiejętności magiczne przyswajając coraz to silniejsze zaklęcia i udoskonalając te,co znał.W końcu kolejne pokolenie tej nacji i monsun opanowało.Organizowali i szykowali rewoltę.Czekali tylko na odpowiednią okazji,na „ten właściwy moment”. I ta chwila nadeszła. Gdy nekromanci i lisze z niemalże całego Ashanu sprzymierzyli się w celu podbicia świata i po wyborze Ashalotu jako miejsca, skąd wezmą ludność do stworzenia armii nieumarłych jakiej świat nie widział, wybuchła ponad dziesięcioletnia wojna. Ashalończycy jeszcze nigdy nie walczyli z tak potężnym wrogiem. Armia przeciwnika zdawała się być nieskończona,gdyż z każdy żołnierz,który zginał walcząc za ojczyznę zasilał szeregi nekromantów.Mroczne umiejętności magiczne liszów były dużym problemem-nawet dla potężnych magów ognia. Zwłaszcza,gdy takowy czarodziej padał ofiarą najgroźniejszego czaru ciemności-władcy marionetek.Zdarzyło się parę razy,że ofiarą tej strasznej klątwy padał ten,kto znał zakazany płomień.Wtedy ashalońskie armie(w których było także wielu magów) padały w zastraszającym tempie. Ta długo i wyczerpująca dla obu stron wojna wybiła nekromantom z głowy plany podboju świata na kolejne kilka stuleci i znacząco zachwiała(zdawało się niepodważalną) potęgą Ashalotu. Wiele wybitnych osób,władających ogniem wtedy poległo.Po dużej ilości został jedynie popiół.Niejedno miasto aż raziło ogromem zniszczeń. Wtedy nagi przejęły inicjatywę. Rozpoczęły bunt i podjęły walkę o wolność.Ku przerażeniu Ashalończyków nagijskie zaklinaczki znały monsun i bezpardonowo używały go przy każdej okazji. Przez to w mieście potrafiło szaleć od paru do nawet kilku monsunów na raz.W przy takim ich natężeniu ogniste pociski magów ognia-które w czasach świetności królestwa były używane w celu uatrakcyjnienia imprez(ze względy na to,że ładnie wyglądały i nie były ani manożerne,ani trudne do wykonania) lub do dyscyplinowania niepokornych nagijskich niewolników - przypominała parę wodnę wydobywającą się z ust w trakcie mrozu.Kule ognia(jeden z mocniejszych bojowych czarów ognia) stawały się niegroźnymi iskrami, armagedony(które swego czasu obracały w pył całe pole bitwy) ledwo dawały radę rozpalić ognisko. Nawet zakazany płomień ulegał osłabiającej sile monsunów. Przerażeni obywatele Ashalotu na własne oczy zobaczyli jak lodowe kolce(które niegdyś były tworzone jako ładne rzeźby na pokaz) zabijały kolejnych żołnierzy i czarodziei,jak gejzery(dawniej wykonywane na pokaz) niszczyły kolejne budynki i jakże efektownie wyglądające starcia fal pustoszyły kolejne miasteczka. Garant (najpotężniejszy i najznakomitszy mag ognia w Ashalocie) w tej rozpaczliwej sytuacji postanowił zniszczyć sekret zakazanego płomienia. W obliczu tuzina monsunów stolicy cesarstwa nawet on nie był w stanie wytworzyć zakazanego płomienia o wystarczającej mocy,aby zniszczyć bibliotekę.Jednak dał radę za pomocą tego potężnego czaru wytworzyć ogień o wystarczającej mocy,aby spalić zwój na którym zapisany był największy sekret tego państwa. Poległ w walce z nagijską zaklinaczką. Przy takiej ilości monsunów nawet on nie miał szans. Podobno po śmierci trafił do piekła i został demonem. Niektórzy uważają,że żyjący obecnie demoniczny poszukiwacz niezgody Garant był kiedyś tym śmiertelnikiem,który zniszczył sekret ashalońskiego cesarstwa. Podobnie jak wiele imperiów i ashalońskie upadło. Zapoczątkowało to proces jednoczenia się kolejnych nagijskich plemion i doprowadziło do powstania paru państw składających się z przedstawicieli tej rasy. Wielokrotnie przez stulecia przeszukiwano ruiny Ashelotu w poszukiwaniu zakazanego płomienia. Bezskutecznie. Nikomu nie udało się ani odnaleźć ani stworzyć ognistego czaru, który dorównywałby mocą,złożonością i który wymagałby tak niewiele many jak to legendarne zaklęcie.



Odnalezienie zakazanego płomienia przez Alię

W trakcie sprawdzania dziwnych wydarzeń w Pustce Alia znalazła jakiś tajemniczy pergamin. Pustka kryła wiele tajemnic i ku jej zdziwieniu zachowała ona po upadku Ashalotu tajemnice zakazanego płomienia. Alia znała tą legendę. Wielokrotnie słyszała ją w dzieciństwie i nieraz opowiadała ją chorym dzieciom,którymi się opiekowała. Zawsze ją ciekawiła ta historia i stąd jej nietypowe (jak na anielice) zainteresowanie magią ognia. Po paru próbach rzucania zapisanego na tym pradawnym zwoju zaklęcia udało jej się rzucić czar, który był mocniejszy niż znany jej do tej pory armagedon, jednak nie był aż tak wyczerpujący jak tamto dość dobrze znane zaklęcie. Dała to zaklęcie do przetestowania kilku osobom uczącym się magii ognia,będącym na różnym poziomie zaawansowania. Siła tego czaru zależała od doświadczenia magicznego osoby rzucającej ten czar i o dziwo nawet początkujący byli w stanie go zrozumieć. I choć to zaklęcie nie było tak potężne jak głosiła legenda, to było wystarczająco elastyczne, by na zawsze zmienić oblicze magii ognia.

TorLof1212
02-04-2014, 11:58 PM
Zaklinaczka Szaleństwa

Wstęp.
W czasach kiedy w świecie Might & Magic panował spokój i harmonia, wszystkie nacje żyły spokojnie w swoich królestwach a awanturnicze demony były trzymane w ryzach przez najsilniejszych przedstawicieli swoich rodów: Nergala , Kasandre , Kelthora i Yukiko. W ten czas pojawiła się Dhamiria, potężny i podstępny demon.
Dhamiria potajemnie werbowała dziwne demony, zbierała odział z wyrzutków nie z najsilniejszych wojowników, dlatego wielu ją lekceważyło tylko Kasandra cos przeczuwała i udała się na ziemie nekromantów w tej sprawie by porozmawiać z Nergalem. Oczywiście nikogo z bezdusznych nie ucieszyła ta wizyta, niechętnie witają ludzi u siebie jednak Władca Umarłych wysłuchał obaw ludzi.
Uważając jednak że nie ma się czego obawiać, by ją uspokoić wspomniał że może poszukać pomocy w dalekim kraju dżinów, podobno w swojej akademii pracują nad potężną wieża obronną rzekł. I tak Kasandra prosząc jeszcze nekromantów by powiadomili resztę o zagrożeniu wyruszyła w poszukiwaniu pomocy.

Rozdział I Poszukiwaczka Yukiko
Tymczasem demony ćwiczyły szaloną strategie, a Dhamiria przyglądając się uznała że już czas zaatakować. Armia demonów wyruszyła na świątynie Yukiko, Zaklinaczka jak mówili na swoją dowódczyni demony wiedziała jaką siłę daje honor mieszkańcom świątyni lecz wiedząc też że nie mają jeszcze pojęcia o zagrożeniu postanowiła zaatakować. Oprawcy Chaosu szybko zablokowały drogę ucieczki i zaczęli atakować najsłabsze istoty, szybko pojawili się strażnicy Shanriyi i ostudzili zapał oprawców niszcząc ich bardzo szybko lodowym dotykiem ale straty świątyni były ogromne Yukiko nie była wstanie zebrać wojska, pojawiła się na polu bitwy tylko z wojownikami Shinje którym kazała za wszelką cene bronić świątyni aż do przybycia reszty wojsk, widząc to przebiegła Dhamiria wysłała do boju szalonych maniaków ci zaś drwili i prowokowali wojowników do ataku słowa były tak wulgarne i obraźliwe że nie da się ich zacytować. Odział Shanriyi wbrew rozkazom postanowił zaatakować pierwsi. Wojownicy ginęli jeden po drugim nikt nie wiedział dlaczego lecz od tamtej pory maniak ogni piekielnych jest unikany przez wszystkie stworzenia Might & Magic.
Yukiko widząc że demony są już w świątyni poddała się prosząc by już więcej nikogo nie zabijały, Zaklinaczce Szaleństwa wystarczył fakt że jeden ze strażników został pokonany i wyruszyła dalej.

Rozdział II Władca Kheltor
Kolejnym celem Dhamiri były orki wiedziała jednak że Kheltor będzie miał czas by przygotować się do walki. Tak tez się stało gdy demony dotarły przed bramy wioski Władca Furii ciekł już z oddziałem orków, chcąc wygrać Dhamiria szybko musiałą zyskac przewage liczebną w pierwszej linii znowu zostały ustawione przedziwne stworzenia nazywano je „Nadymaczami ogni piekielnych” szaleni orkowie pomimo nieznajomości przeciwnika przystąpili do ataku szybko jednak okazało się ze był to zły ruch ze strony Kheltora co przypłacił stratą większości oddziałów nadymacze szybko wybuchałi doprowadziło to do krwawej wojny i jeszcze bardziej rozwścieczyło pozostałych przy życiu dzikusów nie wyglądało to dobrze, straszliwe do tej pory demony zaczynały się bać i gdy Zaklinaczka już miała się wycofać przypomniała sobie o kimś kto kiedyś obiecał jej pomoc, na polu bitwy pojawił się Władca Otchłani szybko dobijając pozostałe przy życiu orki oszczędzając tylko na prośbę zaklinaczki samego Kheltora. Kolejny strażnik pokonany krzyczała Dhamiria jednak pozostaniesz przy życiu kocham wałczyć i mam nadzieje że jeszcze kiedyś się zmierzymy dodała odchodząc…

Ciąg dalszy nastąpi jesli organizatorzy pozwolą mi dopisać po czasie niestety zbyt późno dowiedziałem się o konkursie :(

Retazar
02-05-2014, 03:58 PM
A więc...małą zmiana planów, wyniki będą jutro. Domarath również chce przeczytać i dać nagrodę za 3 miejsce :)

Retazar
02-06-2014, 01:09 PM
Przeczytałem z uwagą wszystkie opowiadania. Poziom moim zdaniem był dość wysoki. Niektórzy mieli problem z ortografią ale potrafili oddać klimat, lub odwrotnie. Szkoda, że musiałem wybrać tylko dwa ale prac było i tak mniej niż się spodziewałem. Dodatkowo, Domarath przyzna nagrodę za 3 miejsce;)

Pierwsze miejsce: Adonaida

Drugie miejsce: Morionem

Gratulacje. W sprawię nagród odezwę się do was na privie;)